Festiwal Biegowy w Krynicy – Bieg 7 Dolin (100 km)

Długo zastanawiałam się, czy jest sens zapisywać się na bieg, którego limit czasowy (17 godzin) wydawał się być poza moim zasięgiem. Namawiana wielokrotnie przez niecnego kusiciela z naszej ekipy SUMT (Łukasza A.) w końcu zapisałam się, chyba głównie dla świętego spokoju. Zrezygnowałam natomiast z jakichkolwiek pozostałych biegów, będących w bogatej ofercie Festiwalu. Stwierdziłam, że lepiej skupić się tylko i wyłącznie na setce, a przed i po biegu porządnie wypocząć. Wraz ze mną na 100 kilometrów zapisał się również klubowy kolega Łukasz G.

Wyruszyliśmy z Katowic w piątek wcześnie rano w czteroosobowym składzie (ja, Basia, Łukasz A. i Jurij). Reszta drużyny (Łukasz G., Łukasz F.) miała do nas dołączyć dopiero w Krynicy. Po przyjeździe szybko udaliśmy się do naszej kwatery, aby się rozpakować, następnie przespacerowaliśmy się do centrum, gdzie było ulokowane miasteczko festiwalowe w celu odebrania pakietów startowych i spożycia obiadu. Po posiłku wróciłam do naszego domku, aby porządnie wyspać się przed biegiem, którego start był zaplanowany na 3:00 rano w sobotę. Reszta ekipy udała się ponownie do centrum Krynicy na szereg wykładów i pierwsze starty biegowe. Obudziłam się dopiero pod wieczór, gdy część ekipy wróciła. Porozmawialiśmy trochę i znowu zapadłam w sen. Krótko mówiąc – na razie pobijałam rekordy w spaniu 😉

Ostatecznie koło 2:00 w nocy trzeba było przerwać ten festiwal spania, zjeść lekki posiłek, przebrać się w ciuchy startowe i udać na główny deptak do centrum. Tam bowiem znajdował się zarówno start jak i meta Biegu 7 Dolin. Na miejscu spotkałam się z Łukaszem G., wśród tłumu biegaczy mignęło mi też parę znajomych twarzy. Uwagę przykuwał pewien zawodnik w przebraniu Elvisa, który swoim niecodziennym strojem biegowym robił furorę.

Nie ukrywam, że podchodziłam do Biegu 7 Dolin (a raczej do swoich umiejętności) z dużym sceptycyzmem. Obawiałam się, że zakończę całą zabawę w Rytrze, gdyż już pierwszy limit czasowy (5,5 godziny na 36 km) mnie przerażał. Zdawałam sobie sprawę, że stanęłam przed najpoważniejszym wyzwaniem w swojej krótkiej, „ultra-biegowej” karierze. Dotychczas brałam udział w górskich imprezach długodystansowych na nawet dłuższych trasach niż 100 km, ale z limitami czasowymi zdecydowanie przekraczającymi dobę.

Trasa Biegu 7 Dolin (zdjęcie pochodzi ze strony Festiwalu Biegowego w Krynicy: www.festiwalbiegowy.pl)

O 3:00 nad ranem dano sygnał do startu, życzyliśmy sobie z Łukaszem powodzenia i ruszyliśmy ulicą z resztą biegaczy szeroką ławą. Gdy opuściliśmy teren zabudowany i szlak się zwężał, tempo znacząco spadło, a sam bieg przypominał bardziej pielgrzymkę. Na szczęście po jakimś czasie korek się nieco rozładował.

Postanowiłam, że do minimum ograniczę czas spędzany na punktach kontrolnych i żywieniowych, zrezygnowałam też z robienia jakichkolwiek zdjęć czy postojów w trakcie biegu. Nie skorzystałam również z opcji przepaku, co, jak się później okazało, było dobrym pomysłem, gdyż zarówno żywność jak i napoje były dostępne w sporej ilości na trasie, a nie miałam potrzeby się przebierać.

Pierwszy, nocny odcinek prowadził przez Jaworzynę Krynicką i Runek. Było dość chłodno, wiał wiatr, który nasilał się na grani. Dla mnie były to wymarzone warunki, ale część biegaczy zakładała bluzy czy kurtki. Zaraz na początku pierwszego zbiegu poślizgnęłam się na mokrym kamieniu i nabawiłam dużego sińca na udzie i zadrapań, co pogorszyło tylko moje niezbyt dobre nastawienie.

Blisko Hali Łabowskiej zastał nas wschód słońca, część biegaczy robiła sobie nawet selfie na tle wschodzącej nad horyzontem czerwonej kuli. Ja jednak trzymałam się twardo swoich założeń i nie traciłam czasu na postoje.

Na pierwszy punkt kontrolny w Rytrze wpadłam w czasie niewiele poniżej 5 godzin. Ucieszyłam się niezmiernie, gdyż oznaczało to, że zmieściłam się w tym nieszczęsnym limicie, którego tak się obawiałam przed biegiem. Ale jednocześnie byłam bardzo zmęczona, a kolejny punkt kontrolny w Piwnicznej-Zdroju, na 66 kilometrze miał limit 11,5 godziny.

Na trasie czekał na nas najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, czyli Radziejowa (1262 m.n.p.m), z której stromy oraz kamienisty zbieg dał mi się we znaki, a następnie kolejne podejście na Wielkiego Rogacza. Mimo to udało mi się dotrzeć na 66 kilometr z półtora godzinnym zapasem czasu w stosunku do limitu. Humor od razu mi się poprawił i wtedy po raz pierwszy uwierzyłam, że jednak mogę ten bieg ukończyć.

Do kolejnego punktu kontrolnego w Wierchomli Małej (77 km), biegło mi się dość ciężko, gdyż robiło się coraz cieplej i nawet wiatr już tak nie chłodził jak wcześniej, a zmęczenie dawało się coraz bardziej we znaki. Na szczęście piękne panoramy wynagradzały włożony w bieg wysiłek. Poza tym życzliwie nastawieni do biegaczy miejscowi zostawiali przy trasie butelki, czy wiadra z wodą, niektórzy udostępniali nawet węże ogrodowe do polania się. Mimo to straciłam prawie godzinę z półtoragodzinnego zapasu czasu.

Przede mną pozostał odcinek do ostatniego na trasie (poza metą) punktu kontrolnego przy Bacówce nad Wierchomlą (88 km). Fragment ten, zwłaszcza od Szczawnika dłużył mi się niemiłosiernie. Szeroka, lekko wznosząca się, monotonna droga gruntowa o długości około 5 kilometrów zdecydowanie stała się najmniej lubianym przeze mnie fragmentem całej, stukilometrowej trasy. Przy Bacówce mogłam wreszcie odetchnąć z ulgą: to był ostatni punkt z limitem czasowym i nikt mnie z biegu już nie wyrzuci! Nawet złamałam swoje postanowienie i wysłałam SMS-a o podobnej treści do rodziców.

Trzeba jednak było się szybko zbierać, gdyż do mety pozostawało jeszcze 12 kilometrów, a miałam niecałe 2,5 godziny czasu. Na szczęście po podejściu na Runek, dalsza część trasy była w większości przyjemnym, w miarę łagodnym zbiegiem. W pewnym momencie zaczęły dochodzić do naszych uszu odgłosy z mety i widać było z góry rozświetlone centrum Krynicy. Na sam koniec pozostał dość nieprzyjemny, śliski od błota zbieg, a potem już tylko ulicami, wśród wiwatujących licznych kibiców, dobiegnięcie do mety po 16 godzinach i 35 minutach. Udało się!!!

Odebrałam medal ukończenia biegu, otrzymałam gratulacje od osób, które śledziły moje poczynania (m.in. od nieobecnych członków drużyny SUMT – Pawła i Dominika, którzy z czwartku na piątek brali udział w Marszu Generała Nila na 50 km po Beskidzie Wyspowym i Makowskim). Wkrótce pojawiła się Basia, z którą udałam się razem na Pasta Party. Tam czekał już Łukasz G., który również ukończył setkę i złamał czas 16 godzin oraz Łukasz F., który biegł 17 kilometrowy Runek Run. Przy okazji dowiedziałam się, że całkiem dobry czas w biegu na 34 kilometry wykręcił nasz klubowy kolega Jurij. Zatem w biegach górskich nie mieliśmy obsady jedynie na dystansie 64 kilometrów.
Szczęśliwa, ale i okropnie zmęczona odebrałam jeszcze koszulkę finiszera i wróciłam do naszego domku, gdzie szybko wzięłam prysznic i poszłam spać.

Koszulka finiszera i medal za ukończenie Biegu 7 Dolin

Na następny dzień udaliśmy się ponownie do centrum na wykłady, oraz w celu obejrzenia stoisk wystawców sprzętu biegowego. Bardzo ciekawe było spotkanie z ekipą Salomon Suunto Team, które cieszyło się dużym zainteresowaniem i padały liczne pytania do zawodników ze strony publiczności. No i w końcu otrzymałam odpowiedź na nurtujące mnie od dłuższego czasu pytanie: czy najlepsi podbiegają, czy podchodzą na stromych podejściach?

Ponieważ część ekipy startowała jeszcze w tym dniu w Biegu na Jaworzynę Krynicą, zostałyśmy z Basią na wykładach same. Wkrótce jednak, ze względu na to, że miałyśmy zakupione wcześniej bilety na PKS, musiałyśmy opuścić miasteczko festiwalowe i udać się na obiad. Niestety miałyśmy z tego powodu trochę kłopotów, gdyż czekałyśmy prawie godzinę na realizację zamówienia. Czas nas gonił, więc musiałyśmy pochłonąć obiad w ekspresowym tempie. Potem trzeba było biec skrótem pod górę (wzdłuż wyciągu narciarskiego) do naszego domku po bagaże, a następnie wraz z Łukaszem A. tą samą drogą na dół na przystanek PKS. Niestety odbiło się to na naszym samopoczuciu, a już zwłaszcza na moim. Ponad pięciogodzinny powrót do Katowic był dla mnie jednym wielkim horrorem, dodatkowo bardzo mi doskwierał brak możliwości wyprostowania obolałych po biegu nóg. Całą drogę zazdrościłam pozostałym chłopakom z drużyny, którzy później spokojnie wrócili do domu samochodem.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona ze swojego występu i dumna z tego, że udało mi się ukończyć ten prestiżowy bieg. Gdyby jeszcze niedawno ktoś mi powiedział, że przebiegnę 100 km po górach w czasie poniżej doby, a co więcej, poniżej 17 godzin, popukałabym się tylko w głowę i parsknęła śmiechem! W ciągu ostatnich 3-4 lat wyrosłam z długodystansowego piechura górskiego na biegacza-amatora zajmującego się górskimi biegami ultra, z całkowitym pominięciem etapu maratonów, półmaratonów, czy jakichkolwiek płaskich biegów ulicznych. W zasadzie dopiero w tym roku zaczęłam w miarę regularnie biegać i część moich trekkingów zamieniłam na solidne przebieżki po górach.
Nie znam się i nie stosuję żadnych diet, nie mam żadnego ustalonego planu treningowego, nie fascynuje mnie literatura branżowa, nie posiadam zegarka mierzącego tętno, podającego tempo, itd., w dalszym ciągu niewiele mi mówi tak ulubiony przez biegaczy wskaźnik „minuty na kilometr” (preferuję stare, dobre „kilometry na godzinę” 😉 ). Jak widać jestem kompletnym amatorem i biegam głównie dla przyjemności, więc tym bardziej cieszy mnie ten sukces. A za rok postaram się powalczyć o nieco lepsze miejsce!

[TisteAndii vel UltraAnia]

About TisteAndii vel UltraAnia

Góry - zarówno te polskie jak i zagraniczne - to mój świat i moja pasja! Niezależnie od pogody, pory dnia i roku czuję się tam zawsze jak u siebie, szczęśliwa, wolna i pełna energii! Początkowo tylko wędrowałam po górach, jednak w 2013 roku poznałam imprezy długodystansowe i powoli weszłam w świat górskich biegów ultra. Po drodze odkryłam również via ferraty, które także przypadły mi do gustu. Mam znacznie mniejsze doświadczenie biegowe niż pozostała część drużyny, ale powoli podnoszę swój poziom sportowy, co pozwala mi startować w coraz ciekawszych i mocniej obsadzonych imprezach. Nie katuję się jednak żadnymi dietami, planami treningowymi, czy wskaźnikami - biegam głównie dla przyjemności! I płaskim biegom asfaltowym mówię zdecydowane NIE!!!

Please Login to comment
avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
TisteAndiiLukasz A Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Lukasz A
Admin

Brawo, Ania! Jestem dumny z Ciebie i z Twojego osiągnięcia – a jednocześnie mam taką małą satysfakcję, że udało mi się Ciebie namówić na ten bieg 😉 Jak widać, nie takie straszne to było, i dało się zaliczyć w limicie. Przy odpowiednim treningu, jestem pewien, że stać Cię na poprawienie tego wyniku, oczywiście o ile tylko będziesz tego chciała.
Relacja z festiwalu tez jest całkiem fajna – zwięzła, rzeczowa, i konkretna. Cieszę się, że zdecydowałaś się ją napisać i opublikować. Oby tak dalej!