Wspomnienia z Supermaratonu Kalisz’2016 – tym razem niezbyt miłe

SANTA MONICA, CA - AUGUST 04: Grumy Cat attends "The Grumpy Guide to Life: Observations by Grumpy Cat" book launch party at Kitson Santa Monica on August 4, 2014 in Santa Monica, California. (Photo by David Livingston/Getty Images)

W dniu 22 października 2016 r. Odbyła się 32 już edycja supermaratonu Kalisia.

Postanowiłem w tym roku powrócić na tę trasę i znów zmierzyć się z legendarną setką.

Bieg ten ma dla mnie szczególne znaczenie, gdyż właśnie tutaj zacząłem swoją przygodę z ultra-bieganiem – było to w 2007 r. Od tamtego czasu startowałem tam co roku, aż do 2012. W sumie pięć razy stawałem na trasie w Blizanowie – z czego trzykrotnie udało mi się zaliczyć całą setkę.

Po czterech latach przerwy spróbowałem ponownie.

Wstępnie założyłem sobie, że postaram się poprawić swoją życiówkę, wynoszącą około 12:20, a wiec teoretycznie niezbyt wyśrubowany wynik. W praktyce oznaczało to niewiele więcej, ponad zmieszczenie się w limicie czasu, wynoszącym 12 i pół godziny – dużo, i mało zarazem. Z takim nastawieniem wziąłem się za przygotowania, choć to może za duże słowo – po prostu zrobiłem kilka długich wybiegań (od ok 25km do ponad 50km) w ciągu półtora miesiąca, poczynając od wrześniowego festiwalu biegowego w Krynicy. Na więcej nie starczyło czasu i determinacji.

Do ostatniej chwili wahałem się, czy rzeczywiście powinienem brać udział w nadchodzącej setce, zapisałem się niemal na ostatnią chwilę. Częściowo uzależniałem swój start od znalezienia transportu i pomocy technicznej na bieg i podczas biegu, jednak nie udało mi się wynegocjować ani jednego, ani drugiego. To trochę skomplikowało całe wyzwanie, niemniej jednak, uznałem, że spróbuję mimo wszystko.

W końcu nadszedł wyczekiwany weekend. Spakowałem pełną walizkę sprzętu, ubrań, jedzenia i innych przydatnych, jak sądzę, rzeczy, po czym (w piątek 21 X rano) udałem się na pociąg. Pojechałem do Ostrowa Wielkopolskiego, aby tam przesiąść się na autobus podmiejski jadący do centrum Kalisza, niemal pod samo biuro zawodów. Jadąc pociągiem, wpatrywałem się cały czas w niebo, obserwując gęste chmury, zapowiadające wysokie prawdopodobieństwo deszczu w następnym dniu. Wszelkie prognozy pogody od kilkunastu dni przewidywały deszcz, i tego się najbardziej obawiałem – zimnego, intensywnego deszczu. Jak się potem okazało, nic takiego nie miało miejsca – przez cały następny dzień w Kaliszu nie spadła ani kropla opadu.

Na miejsce dotarłem z dużym zapasem czasu, gdyż biuro zawodów miało zostać otwarte dopiero o godzinie 16. Skupiłem się więc na poszukiwaniu transportu w stronę Blizanowa, a konkretnie – na poszukiwaniu przystanku autobusowego, z którego odjeżdżają nieliczne autobusy do tej miejscowości (jest zaledwie kilka połączeń na dobę). W końcu, po kilkudziesięciu minutach błądzenia po mieście, znalazłem przystanek, sprawdziłem godzinę odjazdu, i wróciłem w pobliże biura zawodów. Około 15.30 można już było wejść do środka, i tam poczekać na wydanie pakietu startowego. Po odebraniu pakietu, nadszedł czas na przedostanie się do szkoły w Blizanowie, gdzie znajdował się nocleg. Możliwości było kilka: przejazd autobusem PKS, albo “żebranie” o podwózkę przez kogoś innego, który akurat przypadkiem miał miejsce w samochodzie, lub też, ewentualnie, wzięcie taksówki. Ostatecznie udało się zebrać trzyosobową grupkę, i razem udaliśmy się w stronę dworca PKS. Autobus odjeżdżał po godzinie 18, było więc sporo czasu na dojście. Trochę się jednak zmachałem, taszcząc ze sobą 20-kilogramową walizkę, i 10-kilogramowy plecak.

W końcu dotarliśmy do Blizanowa, do szkoły.

Najszybciej jak się dało, znalazłem wolne miejsce na sali i od razu ułożyłem się do snu. Była godzina 20, a start biegu wyznaczono na godzinę 6.30 następnego dnia. Odjazd autobusów dowożących zawodników na miejsce startu, kilka km od miejsca noclegu, miał nastąpić około 6 rano. Należało więc wstać o 4, najpóźniej o 5. Pamiętając o tym, próbowałem od razu zasnąć, jednak było to niemożliwe – w sali trwała “impreza”, wszyscy głośno rozmawiali i się śmiali, atmosfera była typowo “rodzinna”. Odniosłem wrażenie, że większość zawodników zna się nawzajem od lat, stanowią bardzo zgraną paczkę. Głównym tematem rozmów były oczywiście biegi i treningi, wspomnienia z minionych startów, oraz różne zabawne sytuacje towarzyszące tym aktywnościom. Chcąc nie chcąc, słuchając tych rozmów poczułem się jakby wyobcowany z grupy, ponieważ nie było w niej prawie żadnych znajomych.

Pozostając jakby w “półśnie”, przeleżałem aż do godziny 22.

Potem jednak musiałem zapomnieć o czymkolwiek.

Nagle dopadły mnie gwałtowne zaburzenia jelitowe, od tej pory co chwilę musiałem wstawać i latać do toalety. W efekcie całą noc spędziłem wędrując tam i z powrotem, o żadnym spaniu nie było już mowy. Na dokładkę pojawił się uporczywy ból dolnej części kręgosłupa. Jakoś dotrwałem do 4 – 5 nad ranem, ale czułem, że powoli pozbywam się marzeń o starcie. Nie byłem w stanie nic zjeść, a po każdym łyku jakiegokolwiek płynu, natychmiast musiałem lecieć w wiadome miejsce. Przeszło mi przez myśl, że najrozsądniej będzie chyba zrezygnować i pozostać w łóżku. Zjadłem garść różnych tabletek, po których wcale nie było dużo lepiej. Jednak jakoś zacisnąłem zęby (i nie tylko), i o wyznaczonej godzinie siedziałem w autobusie jadącym na start. Działając trochę jak automat, po wyjściu z autobusu zrobiłem symboliczną rozgrzewkę, i nie myśląc zbyt wiele, stanąłem na starcie.

Od samego początku biegu, myślałem jedynie o tym, aby znaleźć jak najszybciej jakieś krzaki. Za sobą miałem tylko wóz straży pożarnej i karetkę, jadące powoli na końcu stawki na sygnałach świetlnych. Wokół panowała całkowita ciemność i lekki chłodek. Od razu zaczęło się jednak powoli rozjaśniać, zaczynał się pochmurny, umiarkowanie chłodny dzień. Warunki do biegania – lepsze niż idealne, wręcz wymarzone. Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę i nie odpuszczać, mimo trudności i bólu od samego startu, z nadzieją, że dolegliwości miną w trakcie dnia. Utrzymywałem od samego początku dość równe tempo (jednak zegarek bezlitośnie wskazywał, że było odrobinę zbyt wolne na to, aby się zmieścić w limicie). Mijając punkty odżywcze, odważyłem się jedynie na łyk herbaty na każdym z nich. To oczywiście było zbyt mało, by uzupełnić straty energii, toteż szybko skończył mi się glikogen, i zaczęły się “schody”. W zasadzie to chciałem się wycofać już po 10 kilometrach, jednak od czasu do czasu pojawiały się motywujące chwile przypływu sił, w czasie których przyśpieszałem. Udało mi się przebiec 20km bez jedzenia, potem biegunka jakby trochę ustąpiła, i odważyłem się na symboliczne przyjmowanie pokarmu stałego (w postaci małych kawałków batoników), zjadłem też trochę grochówki, jednak to też było zdecydowanie za mało. Po 35 kilometrach załapałem klasyczną “ściankę”, i musiałem przejść do marszu. Zmęczenie było już naprawdę spore. Znów miałem ochotę zejść z trasy i zapomnieć o tym biegu jak najszybciej. Doczłapałem jednak do 40 kilometra i zrobiłem 10 minut przerwy, wmuszając w siebie kolejną porcję grochówki. Cały czas było mi niedobrze, miałem nudności i czułem ból żołądka. Jednak, skoro już doczłapałem do 40km, to pomyślałem, że spróbuję mimo wszystko zaliczyć minimalny dystans do klasyfikacji, czyli 55km. Od tej pory już tylko maszerowałem, cała motywacja wyparowała bez śladu. Ostatnią, 15-kilometrową pętlę, szedłem prawie 3 godziny. Jedyną myślą było “niech już się skończy ta męczarnia”, bolało mnie wszystko, i nie byłem w stanie nawet truchtać. Było za to sporo czasu na kontemplowanie całego otoczenia trasy – a jest ono dosyć “klimatyczne” i specyficzne.

Trasa wiedzie przez obszary rolnicze, wśród pól, zagajników, małych miejscowości. Teren jest zasadniczo całkiem płaski, tylko z niewielkimi przewyższeniami, których prawie się nie odczuwa (przynajmniej na początku biegu). Jest sporo długich, prostych odcinków, ciągnących się niemal w nieskończoność. Blisko 100% trasy to droga asfaltowa. Na polach trwają zbiory lub oranie i nawożenie. W powietrzu unosi się zapach obornika, gdzieniegdzie słychać ćwierkanie ptaków, pianie kogutów, lekki szum wiatru, terkot maszyn rolniczych pracujących w oddali. Horyzont spowija lekka mgła, a całość sprawia dosyć ponure, przytłaczające wrażenie.

Po ukończeniu mojej ostatniej, trzeciej pętli, zegarek pokazywał 8 godzin z minutami. Matematycznie patrząc, mogłem przemaszerować jeszcze jedną pętlę, dociągając do 70km przed upływem 11 godzin, jednak nie miałem na to najmniejszej ochoty, i nawet nie brałem tego pod uwagę. Po zejściu z trasy wstąpiłem do pobliskiego sklepu, kupiłem tylko wodę i sok jabłkowy, po czym poszedłem się położyć, próbując uzupełnić przynajmniej część utraconych w ciągu dnia elektrolitów. Trochę poleżałem, trochę pospacerowałem po okolicy, aż w końcu zaczęło się dekorowanie zwycięzców. Nie miałem jednak siły siedzieć za długo na sali, tak więc przeczekałem leżąc, a następnie poprosiłem kogoś o transport na dworzec PKS. Tam znów swoje odczekałem, aż przyjechał autobus. Do domu wróciłem tuż po 3 w nocy.

Łukasz Aksamit,

23 X 2016

About Lukasz A

Łukasz A – karierę biegacza amatora zaczął już kilkanaście lat temu, kiedy to większość ludzi nie wiedziała, że taki sport istnieje. W ciągu kariery nastukał sporo ładnych startów w asfaltowych ultramaratonach. Biegał więcej godzin z rzędu, niż niektórzy potrafią przepracować w ciągu tygodnia – czyli biegi 12-, 24- i 48-godzinne. Obecnie preferuje raczej krótkie biegi górskie oraz kameralne imprezy na trasach leśnych w okolicach Katowic. Trzyma się z dala od komercyjnych imprez promowanych jak kandydaci do sejmu przed wyborami. Oprócz tego koleguje się z rowerem, bo ten mu pozwala zarabiać i utrzymać dobrą kondycję. W wolnych chwilach ciśnie zwiedzać góry.

Please Login to comment
avatar
  Subscribe  
Powiadom o