Bieg 12-godzinny – Ruda Śląska, IV 2008

Co by tu napisać? Zawody można podsumować jednym, tradycyjnym zdaniem: ” Nie byłeś – żałuj! “.

Ale zacznę od początku.

A wiec: w dniu 26 IV 2008, o godzinie 20.00, wystartował jubileuszowy, dziesiąty bieg 12-godzinny w Rudzie Śląskiej.

Na starcie stawiło się 57 zawodników (lub, mówiąc dosadnie, szaleńców) 🙂 Tak. Szaleńców. Bo czy można inaczej nazwać ludzi, którzy przez 12 godzin w nocy zarzynają się biegnąc non-stop po półtorakilometrowej pętli?

Start nastąpił o 20.00. Pierwszą rzeczą, jaka mnie zaszokowała, był fakt, że natychmiast po starcie wszyscy wyrwali do przodu, tak jakby zostali wystrzeleni z karabinu. Wyglądało to jak start maratonu, albo jeszcze krótszego biegu, nie spodziewałem się, że ktokolwiek będzie tak szybko zaczynał bieg 12-godzinny. Nie zrażając się tym, postanowiłem od początku biec swoim własnym tempem, czyli lekkim truchtem w granicach 7 – 7.30 min / km. Po kilkudziesięciu sekundach spostrzegłem że jestem na samym końcu stawki. Przed sobą zobaczyłem jakąś dziewczynę, która biegła podobnym tempem co ja, więc dołączyłem do niej, i przez jedną pętlę biegliśmy razem, umilając sobie czas rozmową. Potem okazało się, że tą dziewczyną jest Dalia Delewska z Dąbrowy Górniczej, najmłodsza uczestniczka zawodów, która dotąd przebiegła tylko jeden maraton i kilka półmaratonów. Po zakończeniu pierwszej pętli spotkała mnie miła niespodzianka – a mianowicie głośny doping w wykonaniu Eli Chłap, która przyjechała na start jeszcze przed zawodami. Później zaczął się dosyć monotonny bieg, kółko za kółkiem. Wkrótce zaczęło się ściemniać. Po kilku pętlach spokojnego truchtu przeplatanego marszem i chodem, sporo zawodników już mnie zdublowało, ale w ogóle się tym nie przejąłem. Od początku wydawało mi się nierozsądne takie szybkie tempo, narzucone od samego startu. Liczyłem na to, że w miarę upływu czasu spora część tych najszybszych zawodników wykończy się, i odpadną z rywalizacji o wysokie miejsca. Moje przewidywania sprawdziły się w 100%. Co godzinę wywieszano listę z aktualną klasyfikacją pokonanego dystansu. Po pierwszej godzinie byłem na samym końcu, chyba 5 czy 6 od końca. A potem z każdą godziną przesuwałem się coraz to wyżej i wyżej, chociaż tempo starałem się utrzymywać w miarę bez zmian. Po około trzech lub czterech godzinach popełniłem drobny błąd – chcąc się trochę rozluźnić, postanowiłem przetruchtać pewien odcinek tyłem. Wszystko było OK, dopóki nie przeszedłem ponownie do biegu przodem – właśnie w tym momencie poczułem w nogach dosyć wyraźne zmęczenie, i musiałem przejść do marszu na dłuższą chwilę. Od tego momentu ból towarzyszył mi już do końca biegu, raz z większym nasileniem a raz z mniejszym. No ale trzeba było biegać niezależnie od bólu. Tym razem nie robiłem niepotrzebnych przerw (takich jak w czasie kaliskiej setki kilka miesięcy wcześniej), starałem się ograniczać do minimum czas potrzebny na “naładowanie się” izotonikiem, sokiem, lub herbatą, na punkcie odżywczym.

Po paru godzinach biegania, izotonik już nie wystarczy – trzeba sięgnąć po inne produkty, np. rosół, suszone daktyle, albo herbatę z cukrem. Inna sprawa, że po kilkugodzinnym piciu izotoników, zaczyna się robić człowiekowi niedobrze na samą myśl o nich. Dotrwałem w ten sposób do 6. godziny. Minąłem półmetek, z wynikiem ponad 52km. Wtedy dopiero zacząłem na serio myśleć o złamaniu 100km, bo po trzech godzinach miałem zaledwie 24km na koncie (taki wynik nie dawał większych złudzeń). Potem minęła 7 godzina – z tego co pamiętam, przekroczyłem wtedy 60km, a następnie 8 godzina – prawie 70km. Kilka godzin wcześniej, usłyszałem na trasie rozmowę dwóch zawodników – jeden z nich stwierdził, że prawdziwe bieganie zacznie się dopiero po 8 godzinach. Coś w tym musiało być, bo właśnie po około 8 i pół godzinach biegu, dopadł mnie jakiś kryzys psychiczny. Doszedłem do wniosku, że mam już w zasadzie wybiegane 80km niezbędne do otrzymania medalu, i że i tak już nie mam szans na złamanie setki (podczas takiego biegu człowiek traci rachubę i zdolność do analizowania sytuacji, przynajmniej tak było w moim przypadku). Miałem ochotę przestać biec, zejść z trasy i zakończyć walkę. Zwłaszcza, że ból był coraz silniejszy. Ciężko się było zmusić do dalszych kilku godzin wysiłku w tej sytuacji. Postanowiłem jednak się nie poddawać, odłożyłem gdzieś na bok te myśli, i spróbowałem przejść do marszu. Okazało się to być dobrym rozwiązaniem, bo po przemaszerowaniu kilku pętli kryzys jakby się zmniejszył. Skoro byłem w stanie poruszać się do przodu, to znaczy że nie było tak źle.

W ten sposób dotrwałem do 9 godziny, a potem do 10. Wtedy znów zerknąłem na wyniki – spostrzegłem, że mam już zaliczone ponad 86km. Wtedy dotarło do mnie, że wciąż mam szanse na złamanie setki! Bo do tego momentu praktycznie całkiem w to zwątpiłem. Pomieszały mi się wtedy te wszystkie kilometry, godziny, minuty itd. Postanowiłem spróbować trochę przyśpieszyć. Kolejny odczyt – po 11 godzinach miałem już 94.5km. A więc jest o co walczyć! Jeszcze tylko 5.5km w ciągu godziny, i będzie setka! W zasadzie wystarczyłby już sam marsz, ale to byłoby na styk. A zatem nie odpuszczałem, biegłem ile się dało, a dopiero gdy już się nie dało, przechodziłem do marszu. Na zegarze upływały kolejne minuty do zakończenia – 40, 30, 20…. W pewnym momencie usłyszałem “10 minut do końca” – miałem wtedy ochotę przejść do sprintu, i zakończyć bieg w ekspresowym tempie. Niestety zabrakło sił. Dopiero na ostatniej prostej zmusiłem się do przyśpieszenia. Ostatnie 500 metrów zrobiłem chyba w tempie poniżej 5 min / km, wyprzedzając kilku albo kilkunastu zawodników po drodze.

Ostatnie metry

Dobiegając do punktu kontrolnego spostrzegłem na zegarze 20 sekund… 19… 18…. więc zrobiłem w tył zwrot, i ostatnie 20 metrów przetruchtałem tyłem, już bez pośpiechu 🙂 Ostateczne wyniki podano po kilkunastu minutach. Byłem mocno zaskoczony tym co zobaczyłem – ponad 104 kilometry, podczas gdy w momencie zakończenia spodziewałem się max. 100, lub nawet 99. Nie byłem do końca pewien czy się udało. No i zaskoczyło mnie też miejsce które zająłem – 26 (lub 27, wg różnych źródeł) na 57 startujących. Po zawodach odbyła się oczywiście dekoracja, każdy zawodnik był wyczytywany i proszony na środek.

Wszyscy otrzymali medale, dyplomy, i poczęstunek. Pod względem organizacyjnym bieg był wręcz wzorcowy – wszyscy organizatorzy powinni się uczyć na tym przykładzie jak należy organizować biegi. Punkt odżywiania na trasie był bardzo dobrze zaopatrzony (sok owocowy, izotonik, kawa, herbata, różne rodzaje suszonych owoców, ciastka, banany, itd).

Dopiero po osiągnięciu mety, gdy opadła adrenalina, zorientowałem się, że po drodze załapałem kontuzję – od tej pory ból w piszczeli towarzyszył mi przez kolejne 5 miesięcy, zaprzepaszczając większość prób startów w tamtym okresie. To jednak temat na inną historię.

[Łukasz Aksamit, 2008]

O autorze LukaszA

Łukasz A – karierę biegacza amatora zaczął już kilkanaście lat temu, kiedy to większość ludzi nie wiedziała, że taki sport istnieje. W ciągu kariery nastukał sporo ładnych startów w asfaltowych ultramaratonach. Biegał więcej godzin z rzędu, niż niektórzy potrafią przepracować w ciągu tygodnia – czyli biegi 12-, 24- i 48-godzinne. Obecnie preferuje raczej krótkie biegi górskie oraz kameralne imprezy na trasach leśnych w okolicach Katowic. Trzyma się z dala od komercyjnych imprez promowanych jak kandydaci do sejmu przed wyborami. Oprócz tego koleguje się z rowerem, bo ten mu pozwala zarabiać i utrzymać dobrą kondycję. W wolnych chwilach ciśnie zwiedzać góry.

Please Login to comment
avatar
  Subscribe  
Powiadom o