Rowerowe wspomnienia – Nydek, maj 2008

W dniach 22-24 maja 2008 odbyła się wycieczka rowerowa do Czech. Organizatorem wycieczki była grupa “Niniwa Team” związana z katowicką parafią Oblatów.

Zgodnie z planem, wyjazd miał nastąpić w czwartek, w Boże Ciało, o godzinie 14.00 spod kościoła na Koszutce. Oczywiście, jak zwykle, do ostatniej chwili byłem niezdecydowany czy pojechać, dlatego zacząłem się pakować dopiero na 3 godziny przed planowanym wyjazdem. Nie byłem pewien co mam zabrać, wiec pakowałem wszystko jak leci, do dużego plecaka. Po spakowaniu okazało się, że plecak waży jakieś 30kg, ale nie było już wyjścia, musiałem go zabrać. Z trudem dojechałem na miejsce zbiórki, tuż przed godziną 14. Po chwili zaczęli się zjeżdżać inni uczestnicy wycieczki (w sumie kilkanaście osób). Natychmiast uświadomiono mi, że z takim plecakiem daleko nie zajadę – na dłuższe wyprawy trzeba się przecież spakować w sakwy rowerowe, a nie do plecaka! Na tamtą chwilę nie miałem o tym pojęcia, ponieważ była to moja pierwsza dłuższa jazda. No ale już nie było odwrotu. Jedyne co zrobiłem, to zrezygnowałem z zabrania ze sobą namiotu, zostawiłem go na miejscu zbiórki. Po około 30 minutach wyjechaliśmy w drogę – pogoda była sprzyjająca, bo było pochmurno, ale bez deszczu. Już po paru kilometrach jazdy, odczułem wyraźnie ciężar swojego bagażu – zabrałem zbyt dużo jedzenia i picia. Jak się potem okazało, zupełnie niepotrzebnie. Niemniej jednak nie dałem po sobie poznać, że jedzie mi się ciężko. Bez przeszkód przejechaliśmy przez Katowice, a potem dalej, w stronę Mikołowa, Żor i Skoczowa. Po drodze było kilka przerw, zaczęło też padać. Jechaliśmy cały czas głównymi drogami, aż do Ustronia (w sumie około 90km) – tam zatrzymaliśmy się na dłuższy postój u rodziców jednej z uczestniczek wycieczki, dostaliśmy wszyscy darmowy posiłek, po czym ruszyliśmy jeszcze kilka kilometrów dalej, do planowanego miejsca noclegu. Dojechaliśmy tam całkiem przemoczeni i zmęczeni. Pozostało już tylko rozbić namioty i usiąść przy ognisku, mimo ciągłej mżawki. Pogoda nie zachęcała do długiego siedzenia, a poza tym pobudkę następnego dnia wyznaczono na 6 rano, więc chcąc nie chcąc, trzeba było udać się na spoczynek. Przez całą noc przelotnie padało, trudno było porządnie się wyspać.

W piątek rano nadal było mokro, ale już nie padało. Górskie szczyty tonęły we mgle, nie było wiele widać.

Jednak już po paru godzinach powoli zaczęło się przejaśniać, mgła podniosła się nieco, i chwilami nawet wychodziło słońce. W międzyczasie zjedliśmy (znów darmowe!) śniadanie, spakowaliśmy się, i przygotowaliśmy się do dalszej drogi, a dla chętnych osób została odprawiona msza na werandzie pobliskiego domu – jednym z uczestników wycieczki był ksiądz, Ojciec Tomek. W dalszą drogę wyjechaliśmy około 9 rano. Tym razem trasa miała być znacznie trudniejsza, niż w czwartek – wtedy prowadziła cały czas po płaskim, a teraz miał być teren górzysty. Przekonałem się o tym już po kilkunastu kilometrach, gdy zaczął się podjazd z Wisły do Istebnej. Zostałem daleko z tyłu za grupą, myślałem że wypluję płuca i wątrobę, jadąc pod górkę z 30-kilogramowym plecakiem. W końcu musiałem zejść z roweru i prowadzić go pod górkę idąc pieszo. Na szczęście mogłem liczyć na pomoc grupy – oddałem swój ciężki plecak koledze Sławkowi, który bez problemu sobie z nim poradził. Po wjechaniu na szczyt byłem w zasadzie bliski rezygnacji z dalszej podróży, miałem ochotę zawrócić i jechać pociągiem do domu, ale po chwili odpoczynku, postanowiłem kontynuować wycieczkę, tyle że już bez plecaka. Dalsza droga była dużo łatwiejsza, było sporo zjazdów, i trochę podjazdów, ale dużo krótszych niż ten w okolicach Wisły. Przejechaliśmy m. in. przez Istebną, Koniaków, i Zwardoń, na Słowację. Po drodze co chwilę biliśmy rekordy szybkości na zjazdach (mój licznik pokazywał w pewnym momencie prawie 70km/h) – momentami było dosyć niebezpiecznie, zwłaszcza wtedy, gdy prosty płaski odcinek drogi nagle skręcił w prawo, a nawierzchnia zmieniła się na kostkę brukową. Ale jakoś nikomu nic się nie stało, wszyscy przeżyli.

Przez Słowację przejechaliśmy dosyć szybko, bo chyba w ok. godzinę, po czym wjechaliśmy do Czech – kierując się dosyć okrężną drogą do celu wyprawy, czyli do miejscowości Nydek.

Po drodze parę osób się pogubiło, bo grupa rozciągnęła się na dość dużą odległość, ale wkrótce wszyscy odnaleźli drogę i trafili na miejsce. Znów rozbiliśmy namioty, po czym poszliśmy coś zjeść i pospacerować po okolicy. Po powrocie udało nam się rozpalić ognisko, przy którym siedzieliśmy do późna. Tak minął piątek.

W sobotę rano, tak samo jak w piątek, o 6 zaczęła się pobudka – następnie msza przy ognisku, śniadanie, pakowanie, zwijanie namiotów, i zbieranie się do powrotu.

Tym razem pojechaliśmy trochę inną drogą, m. in. przez Cieszyn, zatrzymując się w paru miejscach i podziwiając widoki. Niektórzy mieli po drodze różne utrudnienia (np. przebitą oponę, zgubienie drogi, uszkodzenie napędu w rowerze), ale ostatecznie wszyscy dojechali do Katowic.

Podsumowując, w 3 dni przejechaliśmy prawie 300km. Moim zdaniem, taka wycieczka może być ciekawą formą treningu, a jednocześnie była dla mnie osobiście swego rodzaju lekcją pokory.

[2008]

O autorze LukaszA

Łukasz A – karierę biegacza amatora zaczął już kilkanaście lat temu, kiedy to większość ludzi nie wiedziała, że taki sport istnieje. W ciągu kariery nastukał sporo ładnych startów w asfaltowych ultramaratonach. Biegał więcej godzin z rzędu, niż niektórzy potrafią przepracować w ciągu tygodnia – czyli biegi 12-, 24- i 48-godzinne. Obecnie preferuje raczej krótkie biegi górskie oraz kameralne imprezy na trasach leśnych w okolicach Katowic. Trzyma się z dala od komercyjnych imprez promowanych jak kandydaci do sejmu przed wyborami. Oprócz tego koleguje się z rowerem, bo ten mu pozwala zarabiać i utrzymać dobrą kondycję. W wolnych chwilach ciśnie zwiedzać góry.

Please Login to comment
avatar
  Subscribe  
Powiadom o