Wspomnienia biegowe – Półmaraton Żywiec, 6 IV 2008

Półmaraton Żywiec’2008

Kolejny tydzień, i kolejny półmaraton – na tym biegu od dawna miałem ochotę się pojawić, ponieważ startowałem w nim rok wcześniej, i bardzo mi się tam spodobało. Na miejsce dojechaliśmy samochodem, razem z doliniarzami, Sławkiem i Mirasem. Podróż minęła szybko i wygodnie. Po dotarciu na miejsce od razu się zapisaliśmy, a ponieważ do biegu zostało już niewiele czasu, zaraz po zgłoszeniu niezwłocznie zaczęliśmy rozgrzewkę. Start nastąpił o godzinie 10.20. Przez pierwsze kilometry biegło mi się dosyć ciężko, tempo jak zwykle od samego początku było dosyć szybkie. Po około 2-3 kilometrach zacząłem odczuwać dosyć wyraźne zmęczenie, zwłaszcza w udach – to skutek 26-kilometrowego treningu dzień wcześniej… Zmęczenie narastało aż do 5-6 kilometra, w pewnym momencie miałem ochotę po prostu zejść z trasy i położyć się gdzieś na poboczu, ale oczywiście taka możliwość nie wchodziła w grę. Nie zwalniając tempa, biegłem dalej, chociaż miałem wrażenie że wszyscy mnie wyprzedzają. Najpierw minął mnie Damek, a potem Lecho i MarekC. Jednak po tych pierwszych 6 km, zaczęło mi się biec lepiej – wtedy też zaczęły się podbiegi. Zacząłem się powoli rozkręcać. W myśl zasady “na podbiegach nie zwalniaj, a na zbiegach przyśpieszaj”, starałem się maksymalnie wykorzystać każdy zbieg i podbieg. Nawet się nie spostrzegłem, jak minęło pierwsze 10 km, a na horyzoncie pojawiła się zapora. Właściwie dopiero po tych 10 kilometrach zaczęło mi się biec naprawdę dobrze, zwłaszcza po kilkusetmetrowym zbiegu tuż przed zaporą – przebiegłem go prawie sprintem, wyprzedzając po drodze wielu zawodników. Pozostał już tylko nawrót na zaporze, a następnie bieg drugą stroną jeziora w stronę Żywca. W drugiej części trasy było kilka dosyć ciężkich podbiegów, na których wręcz nie dało się biec – musiałem przechodzić do marszu, a następnie nadrabiać szaleńczym tempem podczas zbiegania. Momentami była to prawdziwa masakra. Najbardziej dał mi w kość ostatni podbieg, ale ani przez moment sobie nie odpuściłem, mimo, iż myślałem, że zaraz wypluję wątrobę. Potem pozostał tylko długi odcinek w dół, no i ostatnia prosta do rynku w Żywcu. Przybiegłem na metę w czasie 1:36:29, zajmując miejsce 124, na 457 zawodników, którzy ukończyli bieg. Tym samym poprawiłem się o ponad 4 i pół minuty w porównaniu z poprzednim rokiem – a więc całkiem przyzwoicie, chociaż w trakcie samego biegu miałem momentami cichą nadzieję na jeszcze lepszy wynik. Podsumowując: bieg był dobrze zorganizowany, wszystko dopięte na ostatni guzik (no, może z wyjątkiem takich drobiazgów jak brak oznaczenia trasy co 1km, i jakieś dziwne napoje podawane na punktach odżywczych), trasa jedna z trudniejszych na jakich do tamtego momentu biegłem (porównywalna z półmaratonem w Rudawie), idealna pogoda, medale, koszulki, nagrody, itd. Ocena 10/10. Obecność obowiązkowa.

[2008]

[Zdjęcie ilustrujące artykuł pochodzi z roku 2015] [ http://www.festiwalbiegowy.pl/biegajacy-swiat/polmaraton-na-koniec-marca-zywiec-rzucil-rekawice-warszawie#.Wq7YDZfA-Ul ]

 

O autorze LukaszA

Łukasz A – karierę biegacza amatora zaczął już kilkanaście lat temu, kiedy to większość ludzi nie wiedziała, że taki sport istnieje. W ciągu kariery nastukał sporo ładnych startów w asfaltowych ultramaratonach. Biegał więcej godzin z rzędu, niż niektórzy potrafią przepracować w ciągu tygodnia – czyli biegi 12-, 24- i 48-godzinne. Obecnie preferuje raczej krótkie biegi górskie oraz kameralne imprezy na trasach leśnych w okolicach Katowic. Trzyma się z dala od komercyjnych imprez promowanych jak kandydaci do sejmu przed wyborami. Oprócz tego koleguje się z rowerem, bo ten mu pozwala zarabiać i utrzymać dobrą kondycję. W wolnych chwilach ciśnie zwiedzać góry.

Please Login to comment
avatar
  Subscribe  
Powiadom o