Przez Piekło do Nieba – 12 V 2018

Cross Maraton przez Piekło do Nieba – nazwa dość charakterystyczna, utkwiła mi w pamięci już wiele lat temu. Nigdy dotąd jednak nie myślałem, by wziąć udział w tej imprezie – raz, że za daleko, a dwa, zawsze było tyle innych imprez w pobliżu Katowic, że nie było nawet czasu myśleć o tak dalekich wyjazdach.

W tym roku zostałem namówiony do zapisania się na ten bieg, z myślą o próbie zaliczenia cyklu Piechura Świętokrzyskiego. Ostatecznie znów zostałem sam do realizacji całego przedsięwzięcia… Nie zniechęciło mnie to jednak do wzięcia udziału – a wręcz dodatkowo zmotywowało, żeby nie odpuszczać, mimo przeciwności, i pokazać wszystkim, że jednak się da! Poza tym szkoda było rezygnować, skoro start już został opłacony. Z takim nastawieniem, udało mi się na szybko znaleźć transport – zabraliśmy się wspólnie z Kasią, z drużyny “Fabrika Nordika” 🙂

Wyjechaliśmy z Katowic w piątek około godziny 17, tuż przez silną nawałnicą, która wkrótce złapała nas po drodze. Mimo burzy, dotarliśmy do Sielpi dość sprawnie już po 3 godzinach. Po szybkim odebraniu pakietów pozostało udać się do domków kempingowych i ułożyć się do snu, by następnego dnia z samego rana szykować się do wyzwania.

Budzik zadzwonił w sobotę o 6 rano. Szybkie śniadanie, przygotowanie plecaka i kijków trekkingowych na trasę – po czym jeszcze chwila snu, bo start wyznaczono na godzinę 9.

Około 8.30 wszyscy zawodnicy zbierali się już przed biurem zawodów, by udać się na miejsce startu kilkaset metrów dalej. Niemal od samego rana zrobiło się ciepło, a z prawie bezchmurnego nieba zaczynał się sączyć żar. Nie był to wprawdzie jakiś wielki upał, ale słońce wyraźnie dawało się odczuć – zwłaszcza, że część trasy była odsłonięta.

Co mnie zaskoczyło, wbrew nazwie cyklu (“Piechur”), tempo biegu było od samego początku dosyć żwawe. Liczyłem, że spokojnie będzie można przejść pieszo wszystkie trzy pętle po 14km, w średnim czasie po ok. 2h na pętlę, nie wysilając się zbytnio. Jednak w rzeczywistości, już od pierwszych metrów zaczęła się walka o wyniki: niemal wszyscy pognali do przodu, a ja profilaktycznie ustawiłem się na samym końcu stawki, mając świadomość, że w tej chwili nie jestem fizycznie przygotowany na ściganie się na dystansie maratonu. Przez wiele kilometrów okupowałem ostatnie miejsce, utrzymując jedynie wzrokowy kontakt z przedostatnim zawodnikiem, który i tak był daleko przede mną. Przy czym starałem się cały czas truchtać, początkowo jedynie z rzadka przechodząc do marszu.

Trasa była oczywiście typowo crossowa – na początku trochę asfaltu i kostki brukowej, później krótki odcinek szosą, a następnie piaszczyste drogi leśne, na przemian z odcinkami szutrowymi i kamienistymi. Było też parę innych odcinków asfaltowych (szczególnie dawała się we znaki asfaltowa “agrafka” w miejscowości Niebo, w pełnym słońcu, jak na patelni), a większość przebiegu trasy stanowiły długie, leśne ścieżki, pokryte szyszkami, korzeniami, gałęziami i sosnowym igliwiem. Powietrze było wypełnione intensywnym aromatem żywicy.

Subiektywnie porównałbym tę trasę do trasy Panewnickiego Biegu Dzika – widzę tu sporo podobieństw.

Profil trasy nie był wybitnie wymagający, tym niemniej trzeba było pokonać miejscami dosyć zdecydowane podbiegi. Na ostatniej, trzeciej pętli odczułem je naprawdę wyraźnie, będąc zmuszony przechodzić do marszu na dłuższych odcinkach (szczególnie na samej granicy miejscowości Piekło i Niebo). Dokuczało mi też odwodnienie, objawiające się m. in. uporczywym i narastającym bólem głowy już od połowy drugiej pętli – i to mimo, że dosyć sporo piłem. Byłem zmuszony zatrzymać się w sklepie w pobliżu trasy, i dokupić dodatkową porcję płynów, oprócz tej, którą miałem ze sobą w plecaku.

Pierwszą pętlę pokonałem w około 1h 40 min, drugą – w zbliżonym czasie, a trzecią, już mocno “zniszczony”, w ok. 2h. Przy czym to na ostatniej pętli wyprzedzałem innych zawodników, odzyskując nieco sił na ostatnich kilku kilometrach. Były na trasie takie momenty, w których miałem wrażenie, że biegnę zupełnie sam – nie widziałem żadnych zawodników ani przede mną, ani za mną. Ostatecznie jednak, trzy pętle zleciały mi zanim się spostrzegłem.

Metę osiągnąłem w 5:18:54 (jeśli wierzyć ręcznemu pomiarowi czasu) – czyli znacznie szybciej, niż wstępnie zakładałem (chciałem przemaszerować całość mieszcząc się w limicie 7 godzin), a także szybciej niż zakładał optymistyczny wariant (zmieścić się poniżej 6 godzin).

Z ciekawostek, był to mój pierwszy w życiu start w województwie Świętokrzyskim, do tego mój pierwszy oficjalny maraton od 2011 roku, i najdłuższy w życiu czas osiągnięty na maratonie.

Podsumowując, impreza zasługuje na najwyższą ocenę – zarówno jeśli chodzi trasę, jak i o organizację. Atmosfera jest przyjazna, niemal rodzinna. Praktycznie każdy uczestnik otrzymał jakąś nagrodę, do tego ładny medal i dyplom. Organizatorzy wkładają naprawdę sporo pracy w ten bieg – trasa była oznaczona co kilometr, było sporo punktów odżywczych (na każdym punkcie można było zostawić swoje własne napoje i odżywki), wszelkie “wątpliwe” punkty na trasie były obstawione przez wolontariuszy lub dobrze oznaczone i opisane. Zawodnicy mieli luksusowe warunki noclegowe z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę – w domkach kempingowych z kuchnią i łazienką (za przystępną cenę – 45zł). Otoczenie ośrodka wypoczynkowego też jest bardzo ładne – w pobliżu jest jezioro, lasy i różne atrakcje, a sam ośrodek położony jest wśród drzew.

Całokształt nadaje imprezie naprawdę niezwykły charakter, muszę powiedzieć, że to jeden z najciekawszych biegów, w których brałem udział.

Link do Ośrodka Wypoczynkowego “Bartek”

Superpiechur Świętokrzyski – więcej informacji

O autorze LukaszA

Łukasz A – karierę biegacza amatora zaczął już kilkanaście lat temu, kiedy to większość ludzi nie wiedziała, że taki sport istnieje. W ciągu kariery nastukał sporo ładnych startów w asfaltowych ultramaratonach. Biegał więcej godzin z rzędu, niż niektórzy potrafią przepracować w ciągu tygodnia – czyli biegi 12-, 24- i 48-godzinne. Obecnie preferuje raczej krótkie biegi górskie oraz kameralne imprezy na trasach leśnych w okolicach Katowic. Trzyma się z dala od komercyjnych imprez promowanych jak kandydaci do sejmu przed wyborami. Oprócz tego koleguje się z rowerem, bo ten mu pozwala zarabiać i utrzymać dobrą kondycję. W wolnych chwilach ciśnie zwiedzać góry.

Please Login to comment
avatar
  Subscribe  
Powiadom o