Ciemność i błoto, czyli moje spotkanie z Beskidzką Wyrypą 2018

Tegoroczna Wyrypa przeszła już do historii – dla mnie miała to być pierwsza w życiu próba nocnego przejścia ultra dystansu po górach. Takiej kombinacji nigdy dotąd nie próbowałem, ale pomyślałem sobie, że w końcu musi być kiedyś ten pierwszy raz. Wyrypa formalnie nie jest wyścigiem, a zatem nie zalicza się do startów w zawodach ani do ultramaratonów. Dzięki temu daje możliwość zmierzenia się z niebagatelnym wyzwaniem na komfortowych warunkach, bez presji na wynik i bez niepotrzebnego spinania się, a przy tym praktycznie bezpłatnie. Właśnie z takim zamysłem postanowiłem się zgłosić na imprezę, traktując ją z jednej strony jako trening, a z drugiej – sprawdzian i nowe wyzwanie. Wybrałem rzecz jasna, najkrótszy z proponowanych dystansów, czyli 50km.

Start wyznaczono w piątek 27 VII, około godziny 20:00 na stacji kolejowej w Rajczy, dokąd udałem się, zgodnie z sugestią organizatorów, pociągiem. Jak się okazało, zgodnie z oczekiwaniami, pociąg był nabity do ostatniego miejsca, a dużą cześć pasażerów stanowili “wyrypowicze”, w tym 4-osobowa reprezentacja SUMTu: UltraAnia, PawełC, DominikMaczeta i ja.

Po zapisaniu się, i strzeleniu szybkich zdjęć ze startu, wszyscy uczestnicy udali się na wyznaczoną trasę, ale bez konkretnego momentu startu. Każdy szedł kiedy chciał, własnym tempem, tak, że “peleton” mocno się wydłużył już od pierwszej chwili. Nasza grupa wyruszyła około godziny 20:20. Oczywiście Ania postanowiła biec własnym tempem od samego początku, a ja dołączyłem do niej, w nadziei, że uda mi się dotrzymać jej kroku przez jak najdłuższy czas.

Z początku biegliśmy razem, mijając po drodze dziesiątki piechurów, bez większego trudu pokonując pierwsze podbiegi i wzniesienia. Tempo było jednak dla mnie wyraźnie odczuwalne, co zemściło się w kolejnych godzinach.

Po pierwszym odcinku, pokonywanym przy dziennym świetle, zaczęło się prawdziwe wyzwanie: dzień miał się już ku końcowi, a słońce schodziło coraz niżej za horyzont. Góry stopniowo pogrążyły się w coraz to większej ciemności. Czołówka, którą poprzedniego dnia wyszperałem z jakiegoś zakamarka w szafie, okazała się zdecydowanie zbyt słaba jak na górskie warunki – dawała naprawdę nikłe światło, przy którym ledwo było widać drogę dwa metry przed sobą. Zmuszony więc byłem zdać się na oświetlenie innych uczestników, podczepiając się do najbliższej grupki.

Po około dwóch godzinach biegu przeplatanego intensywnym marszem, zacząłem odczuwać szybko narastające znużenie i zmęczenie, jakby ktoś odciął mi zasilanie – było to w połowie szlaku pomiędzy Halą Boraczą a Lipowską. Zostałem daleko z tyłu za Anią i Maczetą, a moje tempo spadło kilkukrotnie. Walcząc z narastającym głodem i wycieńczeniem, potykając się wciąż o wystajace korzenie i kamienie, z trudem doczłapałem jakoś do schroniska na Lipowskiej. Jedyną myślą jaką miałem, było usiąść i odpocząć. Tak tez zrobiłem – po uzupełnieniu płynów i węglowodanów prostych, poczłapałem dalej, w stronę Rysianki, po drodze podziwiając gwieździste, bezchmurne niebo, i pogrążony w zaćmieniu, czerwony Księżyc. Trochę mi się zrobiło żal, że “trzeba” iść dalej, a nie można się po prostu położyć w lesie i delektować się widokiem nieba 🙂

W schronisku na Rysiance spotkałem Maczetę. Po dłuższej przerwie ruszyliśmy razem dalej, mimo, iż wcale nie chciało mi się wychodzić w ciemność, i brodzić po omacku w błotnistych kałużach na szlaku – a było ich naprawdę sporo, na całej długości trasy. Mimo nieustającego znużenia i zniechęcenia, jakoś doczłapałem na szczyt Romanki, skąd, po chwili przerwy, rozpoczęliśmy mozolne schodzenie w stronę Sopotni Wielkiej. Zaćmienie Księżyca dobiegło już wtedy do końca, dzięki czemu można było podziwiać niezwykły, nocny widok na Pilsko, przykryte cienką warstwą chmur. Uderzająca była też całkowita cisza, dochodząca ze wszystkich stron – zjawisko raczej niespotykane w codziennym, miejskim życiu…. Wciąż jednak nie było czasu na delektowanie się tymi zjawiskami, trzeba było przeć naprzód i naprzód…..

Znów podpiąłem się pod grupkę wyrypowiczów, dzięki czemu przynajmniej w ograniczonym stopniu mogłem korzystać z ich oświetlenia. W taki sposób udało się doczłapać do Sopotni Wielkiej, gdzie urządziliśmy sobie grupową przerwę – tym razem na schodach pod sklepem. W tym momencie miałem już ochotę zrezygnować i czekać na autobus, który by mnie zabrał jak najdalej stąd, ale ponieważ był środek nocy, nie pozostawało nic innego, jak tylko iść dalej – w stronę Korbielowa.

Pozostało tylko jedno mocne, choć krótkie, podejście, a następnie ostatnie “niszczące” zejście w stronę asfaltowej drogi. Nie bardzo już w tym momencie kontaktowałem, po prostu szedłem bez refleksji za grupą, odliczając tylko kolejne kałuże do końca męczarni. Gdy tylko zobaczyłem asfalt, odczułem ulgę, że to już koniec – była godzina 3 w nocy. Wraz z Maczetą udaliśmy się na pobliski przystanek, jednak nie jechał z niego żaden autobus w stronę Żywca. Trzeba było przejść 2km w górę Korbielowa, do kolejnego przystanku, gdzie się rozstaliśmy – Maczeta pognał w stronę Pilska, a ja położyłem się na przystanku, oczekując na bus do Żywca o 4:40.

Ostatecznie, dystans jaki pokonałem, to pomiędzy 25 a 30 km – trudno dokładnie oszacować, bo na wcześniejszych etapach było trochę błądzenia. Podsumowując, test pod nazwą “wyrypa” wypadł dla mnie „średnio” korzystnie, bo w ciągu ok. 7 godzin udało mi się pokonać zaledwie połowę zakładanego dystansu, trochę się przy tym niszcząc. Zdecydowanie zabrakło wytrzymałości i optymalnego odżywiania podczas biegu, zabrakło też odpowiedniego przygotowania sprzętowego (głównie doskwierał mi brak odpowiedniego oświetlenia – czołówki). Chodzenie praktycznie na ślepo po wszechobecnych błotnych kałużach nie należało do przyjemnych, a stawianie kroków po omacku na luźnych kamieniach, nieustannie sprawiało, że traciłem równowagę, wykręcając sobie wszystkie stawy w każdą możliwą stronę. Jednym słowem – nocne ultra dystanse (jeszcze) nie są dla mnie 🙂

O autorze LukaszA

Łukasz A – karierę biegacza amatora zaczął już kilkanaście lat temu, kiedy to większość ludzi nie wiedziała, że taki sport istnieje. W ciągu kariery nastukał sporo ładnych startów w asfaltowych ultramaratonach. Biegał więcej godzin z rzędu, niż niektórzy potrafią przepracować w ciągu tygodnia – czyli biegi 12-, 24- i 48-godzinne. Obecnie preferuje raczej krótkie biegi górskie oraz kameralne imprezy na trasach leśnych w okolicach Katowic. Trzyma się z dala od komercyjnych imprez promowanych jak kandydaci do sejmu przed wyborami. Oprócz tego koleguje się z rowerem, bo ten mu pozwala zarabiać i utrzymać dobrą kondycję. W wolnych chwilach ciśnie zwiedzać góry.