Wyprawa w Alpy cz. 1 – Zugspitze (2962 m n.p.m.)

Na najwyższy szczyt Niemiec – położony w Alpach Bawarskich Zugspitze (2962 m n.p.m.) – miałam wybrać się już zeszłej jesieni w ramach wyjazdu z katowickim oddziałem DAV. Niestety, ze względu na kontuzję palucha odniesioną w Biegu 7 Dolin musiałam zrezygnować, a wyjazd i tak nie doszedł do skutku, gdyż w Alpach zapanowała wówczas fatalna pogoda. Dlatego na propozycję mojego znajomego, Rafała, aby w okolicach 15 sierpnia pojechać do Bawarii w celu zdobycia Zugspitze, zareagowałam entuzjastycznie. Zwłaszcza, że planowaliśmy wejście najpiękniejszą trasą – przez wąwóz Höllentalklamm i lodowiec.

Wyruszyliśmy z Tychów czteroosobową ekipą w późne, wtorkowe popołudnie. Artura i Rafała znałam już z wcześniejszych wyjazdów, natomiast czwarty uczestnik – też Rafał – okazał się byłym kolegą z firmy, w której pracuję.

Planowaliśmy dojechać wieczorem do kempingu w Czechach, aby na następny dzień przejechać pozostałe ponad 500 km do miejsca docelowego, czyli stacji Eibsee w pobliżu jeziora o tej samej nazwie, tuż za Garmisch-Partenkirchen. Mieliśmy lekki problem z odnalezieniem wspomnianego kempingu ale ostatecznie wylądowaliśmy na miejscu około 22:30. W środę rano, po spożytym na świeżym powietrzu całkiem smacznym śniadaniu, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Do Eibsee dotarliśmy późnym popołudniem. Warto wspomnieć, że tutaj znajduje się nie tylko dolna stacja kolejki linowej ale też jedna ze stacji kolejki zębatej, która wjeżdża prawie pod sam szczyt na wysokość około 2600 m n.p.m. Sporą część tej trasy pociąg pokonuje wydrążonym we wnętrzu góry tunelem.

Stacja Eibsee

Po zapakowaniu niezbędnego sprzętu ruszyliśmy w kierunku wylotu doliny Höllental. Chociaż mieliśmy spędzić tylko 2 noclegi w schroniskach, plecaki trochę ważyły ze względu na sprzęt via-ferrata oraz raki, które miały nam się przydać na lodowcu. Po półtoragodzinnym spacerze dotarliśmy do wejścia do doliny. Liczyliśmy na jakiś obiad ale niestety bufet był już zamknięty. Przy okazji byliśmy świadkami rozładunku transportu z zaopatrzeniem i musieliśmy chwilę poczekać na wejście. Wstęp do wąwozu obecnie kosztuje 5 euro, natomiast dla członków DAV – 2 euro.

Wejście do wąwozu Höllentalklamm

Korzystając z okazji zachęcam wszystkich, którzy planują jakiekolwiek akcje górskie w krajach alpejskich [ale nie tylko], do członkostwa w Alpenverein, gdyż ceny wstępów, czy też noclegów w schroniskach są wtedy niemal o połowę niższe, niż dla “reszty świata”. W naszej ekipie dwie osoby posiadały tzw. DAV-Mitglied [są członkami katowickiego oddziału Deutscher Alpenverein] i miałam możliwość porównania kosztów. Dodatkowo członkostwo w Alpenverein automatycznie pociąga za sobą ubezpieczenie górskie.

Rafał i Artur w Höllentalklamm

Ponieważ przed wyjazdem obejrzałam sporo filmików i relacji z naszej trasy, mniej więcej wiedziałam jak to będzie wyglądać, aczkolwiek wąwóz i tak zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pionowe, skalne ściany, z kipiącym na dnie potokiem Hammersbach, liczne wodospady, w niektórych miejscach lejące się nam wręcz na głowy, podświetlone tunele wydrążone w skale, mostki, schodki i barierki – to wszystko zapierało dech w piersiach. Höllental w tłumaczeniu na język polski to Piekielna Dolina i faktycznie zasługuje na tę nazwę. Sam wąwóz Höllentalklamm rozciąga się na długości około 700 metrów. Potem dolina się rozszerza, a szlak wznosi się coraz wyżej, ku schronisku Höllentalangerhütte, położonemu na wysokości 1387 m n.p.m.

Höllentalklamm
Jeden z tuneli w Höllentalklamm
Höllentalklamm – jeden z licznych wodospadów

Po drodze natknęliśmy się na salamandrę czarną, która odpoczywała na środku ścieżki.

Salamandra czarna

Do schroniska dotarliśmy w godzinach wieczornych. Tutaj z cenami było podobnie – za łóżko w pokoju wieloosobowym zapłaciłam 22 euro, podczas gdy koledzy z DAV płacili 13 euro. Prysznic był dodatkowo płatny – 1 euro za minutę ciepłej wody. I czas ten bynajmniej nie był naliczany w momencie lania wody, tylko od momentu wrzucenia monety do automatu – bez względu na to, czy się odkręciło wodę czy nie!

Po posiłku i lokalnym piwie dość szybko zebraliśmy się spać, gdyż w następnym dniu czekał nas spory wysiłek. Zugspitze mierzy 2962 m n.p.m., więc mieliśmy 1575 metrów w pionie do pokonania, w dużej mierze po ubezpieczonych skalnych ścianach.

Czwartkowy poranek powitał nas piękną, słoneczną pogoda. Spożyliśmy śniadanie [które jak na mój gust było dość skromne] i wyruszyliśmy zdobywać najwyższy szczyt Niemiec. Jeden z Rafałów już wcześniej zdecydował, że podejdzie do pośredniej stacji kolejki i stamtąd wjedzie na szczyt. Reszta planowała zdobyć Zugspitze o własnych siłach.

Autorka na mostku nad wyschniętym korytem rzecznym. Cel naszej wyprawy widoczny jak na dłoni 😉

Niebo było bezchmurne, więc cel naszej wędrówki był doskonale widoczny. Krzyż na właściwym wierzchołku oraz wystający po prawej stronie szczytu… dźwig były widziane prawie przez całą drogę. Początkowo trasa prowadziła dnem doliny, potem szlak zaczął się wznosić, aż dotarliśmy do pierwszego skalnego progu, prowadzącego na górne piętro. Tutaj musieliśmy skorzystać po raz pierwszy z naszego sprzętu via ferrata.

W pełnym rynsztunku bojowym (zestaw via ferrata: uprząż, lonża, kask i rękawiczki)

Najciekawszym fragmentem tego odcinka była drabinka po pionowej ścianie, a potem słynna “Deska” [Das Brett], czyli wbite w mocno nachyloną, skalną ścianę metalowe, poziome pręty, po których trzeba było przejść na drugą stronę. Samo przejście tego odcinka nie sprawiło żadnych trudności, jednak dla kogoś, kto ma lęk wysokości, mogłoby się okazać sporym wyzwaniem.

Das Brett (Deska)
Das Brett (Deska) z drugiej strony

Po pokonaniu progu teren się wypłaszczył i mogliśmy już podziwiać z daleka lodowiec Höllentalferner otoczony z trzech stron skalnymi urwiskami, przechodzącymi w olbrzymie piargi. Po drodze spotkaliśmy rodzinkę kozic, które w zasadzie niczym nie różniły się od naszych kozic tatrzańskich.

Kozice alpejskie
Kozice alpejskie

Im bardzie zbliżaliśmy się do lodowca, tym krajobraz stawał się bardziej surowy. 

Górne piętro doliny Höllental
Rzut oka do tyłu; w dole schronisko Höllentalangerhütte

Ścieżka weszła w teren piarżysty i już aż do lodowca mozolnie posuwaliśmy się po usypujących się spod nóg kamykach. Pogoda była cały czas piękna, słońce mocno grzało i nawet bliskość lodowca nie przynosiła ochłody.

Piargi

Sam lodowiec znajduje się na wysokości około 2500 m n.p.m. Według ostatnich danych jego powierzchnia zajmuje około 22 hektarów, średnia grubość lodu wynosi około 10,6 metra, maksymalna 51,8 m. Jest to też jedyny lodowiec w Niemczech posiadający “prawdziwy” język lodowcowy.

Lodowiec Höllentalferner w całej okazałości, w dole język lodowcowy
Piarżyste dojście do lodowca Höllentalferner

Po krótkim odpoczynku założyliśmy raki i ruszyliśmy powoli w kierunku skalnej ściany i wejścia na kolejną ferratę. Przejście lodowca nie było trudne ze względu na niezbyt duże nachylenie terenu. Kijki spokojnie nam wystarczyły, choć widzieliśmy, że niektórzy turyści mieli ze sobą czekany. Ze szczelinami też nie było problemów. Nikt też nie wiązał się liną, gdyż wszyscy szli mniej więcej tą samą, wydeptaną przez tysiące innych osób, bezpieczną ścieżką. Oczywiście nie obyło się bez pamiątkowych zdjęć. Wszak to był mój pierwszy lodowiec!

Szczeliny lodowe
Widok z lodowca Höllentalferner w dół
Fana SUMT 😉 a w tyle kolejka do wejścia na ferratę

Problem za to pojawił się w miejscu, w którym zresztą się tego spodziewałam po przeczytaniu kilku relacji – a mianowicie przy przejściu z lodowca na ferratę. Już z daleka obserwowaliśmy rosnącą pod ścianą kolejkę. Gdy do niej dołączyliśmy, czekaliśmy przez około 20 minut obserwując poczynania innych. Przyczyny zatoru były dwie. Po pierwsze trzeba było zdjąć raki i schować kijki, a miejsca na wykonanie tych czynności nie było zbyt dużo. Po drugie nie każdy jest wspinaczem i nie każdy potrafił sobie również dobrze poradzić z dostaniem się na wąską półkę skalną po 2-3 metrowej ściance, a następnie z przejściem po niej do miejsca, gdzie zwisała lina i wdrapaniem się po pionowej, kilkumetrowej ścianie. Ten odcinek był słabo ubezpieczony, a do tego pod nogami ziała szczelina brzeżna, co prawda niezbyt głęboka, ale w razie upadku można by było się solidnie poobijać. Co ciekawe, w szczelinie leżało składowisko kijków trekkingowych, które pewnie spadały turystom podczas pokonywania tego fragmentu.

Wejście na ferratę. Na zdjęciu nie robi to może wielkiego wrażenia ale na żywo wyglądało to znacznie gorzej

Widząc jak to wygląda, przepuściłam Rafała i Artura i się zaczęłam poważnie zastanawiać, czy nie zawrócić i nie podejść do pośredniej stacji kolejki, żeby nią dostać się na szczyt. Na szczęście życzliwi turyści pomogli mi najpierw przejść na półkę skalną, a następnie jeden z nich posiadał za pomocą liny wspinaczkowej zaasekurował mnie, dzięki czemu przebyłam bezpiecznie ten nieszczęsny fragment.

Dla mnie te kilka metrów przejścia z lodowca na ferratę było niewspółmiernie trudnych do całej reszty tej trasy. A wystarczyłoby tylko dołożyć parę klamer w poziomie oraz w pionie i problemu by nie było. Miałam szczęście, że akurat ktoś był z liną – inna osoba o moim poziomie umiejętności być może musiałaby zawrócić. Oczywiście to moje subiektywne odczucia, bo jednak sporo osób weszło tam bez większych kłopotów.

Po uporaniu się z tym feralnym miejscem dalsza wspinaczka była przyjemna i przebiegała sprawnie. Do pokonania pozostało ponad 400 metrów w pionie bardzo dobrze ubezpieczoną ferratą, poprowadzoną momentami w mocno eksponowanym, skalistym terenie. Niestety musiałam schować aparat do plecaka, gdyż ocierał się o skały i przeszkadzał.

Widok z przełęczy pod szczytem

Gdy dotarłam wreszcie na szczyt, mięśnie ramion bolały mnie już solidnie, do tego byłam głodna i zmęczona, a turystów na niezbyt rozległym wierzchołku całkiem sporo. Po kilkunastominutowym oczekiwaniu na dostanie się w pobliże krzyża dałam sobie spokój i zrobiłam tylko zdjęcie z odległości kilku metrów.

Widok ze szczytu na dolinę Höllental i przebytą przez nas trasę
Widok ze szczytu
Na wierzchołku Zugspitze (2962 m n.p.m.)

Teraz pozostało mi tylko zejść drabinką w dół na przełączkę i dalej po stalowych stopniach rusztowania dostać się na część “gastronomiczno-kolejkową” szczytu, gdzie czekali już moi koledzy. W tym momencie poczułam się, jakbym wchodziła ze świata gór do… centrum miasta. Stacje kolejki [niemieckiej i austriackiej], restauracje, ogródki piwne, schronisko, obserwatorium astronomiczne, olbrzymie nadajniki, dźwig, symboliczna granica z Austrią, tarasy z których można było podziwiać widoki i do tego sporo ludzi, niekoniecznie ubranych “górsko”.

Dźwig i zabudowania na opustoszałym już szczycie
Granica niemiecko-austriacka
Wierzchołek Zugspitze

Szybko jednak turystów ubywało, gdyż okazało się, że wszystkie atrakcje poza schroniskiem Münchner Haus zamykane są około godziny 17:00, kiedy kończą kursować kolejki. Po godzinie 17:00 szczyt opustoszał, pozostali jedynie pracownicy obsługi, pojedynczy turyści i czarne, krukowate ptaszyska, które czyhały na resztki jedzenia.

Ptaszyska pilnują!
Płaskowyż Zugspitzplatt i Schneeferner, na którym znajduje się jedyny w Niemczech ośrodek narciarski działający na lodowcu
Jezioro Eibsee
Widok ze szczytu

Po posiłku i odpoczynku ruszyliśmy w dół na stronę austriacką do schroniska Die Wiener Neustädter Hütte. Niestety trasa u góry była niezbyt dobrze oznaczona i w pewnym momencie zamiast szlakiem, zaczęliśmy schodzić po osypującym się, piarżystym terenie do stanowiska… dla robotników. Gdy dowiedzieliśmy się o naszej pomyłce, trzeba było się cofnąć do góry spory kawałek i na nowo szukać szlaku.

Rafał sprawdza na mapie którędy jest zejście do schroniska Die Wiener Neustädter Hütte
Wracamy do góry. Po lewej zabudowania należące już do Austrii.

Ja już miałam dość i zaproponowałam, żeby zapytać się w schronisku na szczycie o noclegi. Na szczęście miejsca się dla nas znalazły i zmęczeni wreszcie mogliśmy odetchnąć. Tutaj ceny były jeszcze wyższe, gdyż za nocleg w pokoju wieloosobowym trzeba było zapłacić 32 euro (bez członkostwa DAV), oraz dodatkowe 5 euro za 40 galonów ciepłej wody. Ale za to spędziłam nocleg na najwyższym szczycie Niemiec w najwyżej położonym w Niemczech schronisku.

Schronisko Münchner Haus, wybudowane w 1897 roku
Münchner Haus o poranku

Ciekawe było też wejście do części, gdzie ja miałam pokój. Wchodziło się do takiej metalowej budki obok schroniska, następnie schodami na dół i wąskim tunelem do części, gdzie były pokoje i łazienka.

Tunel do pomieszczeń mieszkalnych – schronisko Münchner Haus

W piątek rano wstaliśmy wcześnie, aby zjechać na dół, gdy tylko uruchomią kolejki. Schodzić nawet nie próbowaliśmy, gdyż czekał nas w tym dniu jeszcze przejazd do Lichtensteinu, gdzie miała się rozpocząć nasza kolejna wędrówka. Ja z kolei czułam spore zakwasy w mięśniach rąk po wczorajszym wejściu. Zjazd nie był tani, za taką przyjemność musieliśmy zapłacić 34 euro ale za to można było podziwiać piękną panoramę z mocno przeszklonego wagonika.

Zjeżdżamy na dół kolejką

Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na parkingu przy stacji Eibsee, gdzie czekał nasz samochód.

Tam byliśmy! Zugspitze i maszty kolejki, którą właśnie zjechaliśmy

Po szybkim przepakowaniu się ruszyliśmy w dalszą trasę. Ale o tym będzie więcej w drugiej części tej relacji.

(C.D.N.)

O autorze TisteAndii vel UltraAnia

Góry - zarówno te polskie jak i zagraniczne - to mój świat i moja pasja! Niezależnie od pogody, pory dnia i roku czuję się tam zawsze jak u siebie, szczęśliwa, wolna i pełna energii! Początkowo tylko wędrowałam po górach, jednak w 2013 roku poznałam imprezy długodystansowe i powoli weszłam w świat górskich biegów ultra. Po drodze odkryłam również via ferraty, które także przypadły mi do gustu. Mam znacznie mniejsze doświadczenie biegowe niż pozostała część drużyny, ale powoli podnoszę swój poziom sportowy, co pozwala mi startować w coraz ciekawszych i mocniej obsadzonych imprezach. Nie katuję się jednak żadnymi dietami, planami treningowymi, czy wskaźnikami - biegam głównie dla przyjemności! I płaskim biegom asfaltowym mówię zdecydowane NIE!!!