IX Tauron Festiwal Biegowy w Krynicy, 7- 9 IX 2018 – małe podsumowanie

Kolejny Festiwal Biegowy już za nami.

Tym razem wystawiliśmy nieco skromniejsza obsadę, niż w zeszłych latach – w skład reprezentacji SUMT weszły ostatecznie 4 osoby: Ania C., Jurij, Łukasz A., oraz Łukasz F.

Dla mnie osobiście był to pierwszy start od kilku miesięcy, podczas których skupiałem się głównie na treningu ogólnorozwojowym i siłowym, a zatem nie stawiałem przez ten czas biegania na pierwszym miejscu. Miał to być więc jedynie taki mały sprawdzian, tym niemniej postanowiłem spróbować dać z siebie tyle, na ile mnie aktualnie stać. Zapisałem się w tym roku podobnie jak w latach poprzednich, na sobotni bieg górski 34km, a dodatkowo (opcjonalnie) na niedzielny Runek Run, z założeniem, że być może pobiegnę obydwa te biegi, a może tylko jeden z nich, w zależności od dyspozycji i chwilowego samopoczucia. Postanowiłem też, że nie będę się rozpraszał na inne, krótsze biegi podczas festiwalu, a skupię się tylko na tym jednym, ewentualnie na dwóch wybranych startach.

Do krynicy udałem się w piątek, tak, aby być na wykładach zaplanowanych między godziną 15.00 a 21.00 – było kilka naprawdę ciekawych spotkań (m. in. z Marcinem Świercem i Iwoną Guzowską), z których można było wyciągnąć sporo interesujących informacji. Na szczególną uwagę zasługiwał wywiad z Iwoną, w którym padły bardzo ważne stwierdzenia dotyczące podejścia do sportu – kluczowym przekazem było to, iż nie należy się uzależniać od swoich osiągnięć, starając się czerpać radość i satysfakcję z samego dążenia do celu i z posiadania pasji.

Tak upłynęło piątkowe popołudnie i wieczór.

W sobotę rano, zgodnie z planem, udałem się wraz z Jurim do Piwnicznej, na start biegu górskiego 34km. Wcześniej, bo już o 3 w nocy, wystartował bieg na dystansie 100km, w którym udział wzięła Ania C. Jednak przygotowując się do startu na 34km, otrzymaliśmy od Ani wiadomość, że odpuści prawdopodobnie po 66km, z powodu osłabienia po chorobie.

Bieg górski na 34km wystartował około godziny 11.30, przy czym start nastąpił w kilku turach po około 200 zawodników. Jurij oczywiście pognał w pierwszej turze, a ja, wiedziony nieco fałszywą skromnością, ustawiłem się jak zwykle na samym końcu ostatniej tury, co jak się po chwili okazało, było jednak błędem. Od samego początku, biegnąc własnym tempem, zacząłem wyprzedzać praktycznie wszystkich zawodników, co było bardzo trudne z uwagi na ogromne zatłoczenie wąskiej trasy. Musiałem sztucznie zmniejszyć tempo, przez co z pewnością straciłem kilka minut na samym początku biegu. Dalej było już jednak nieco luźniej, a ja czułem się dosyć dobrze, dzięki czemu sporo nadgoniłem. Na początkowym odcinku trasy biegło mi się wyraźnie lżej i przyjemniej, niż 2-3 lata temu, kiedy to również startowałem na tym dystansie – być może dlatego, że w tym roku było wyraźnie chłodniej, niż podczas moich poprzednich startów.

Dotrwałem w dosyć dobrej formie aż do 11 kilometra, na którym był pierwszy punkt odżywczy – spędziłem na nim około 3 albo 4 minuty, ale nie skorzystałem zbytnio, bo wszędzie był ogromny tłok, tak, że nie było szans dopchać się do jedzenia. Chwyciłem tylko dwa kubki wody i mały kawałek banana, zerknąłem na zegarek (pokazał ok. 1h i 25 minut od startu) po czym potruchtałem dalej, w stronę najtrudniejszego podbiegu na całej trasie. Tu już nie było tak lekko, musiałem się sporo podpierać kijkami, a bieg był praktycznie niemożliwy. Dodatkowo poczułem, że obtarł mnie but, co było dodatkowym utrudnieniem. Tym niemniej, wciąż wyprzedzałem innych zawodników, pnąc się w górę bez zatrzymywania. Dotarłem na sam szczyt bez żadnego kryzysu, po czym nastąpiło długie wypłaszczenie, a następnie ostry zbieg do Szczawnika. Oba te odcinki pokonałem w przyzwoitym tempie, choć po dobiegnięciu na sam dół, do Szczawnika, zmęczenie dawało o sobie znać z coraz większą siłą. Teraz zaczynał się długi, monotonny, 6-kilometrowy podbieg do bacówki nad Wierchomlą, na którym „poległem” zarówno dwa jak i trzy lata temu. Teraz jednak nie chciałem dać tak łatwo za wygraną, starałem się jak najwięcej biec, a przynajmniej truchtać. Były jednak odcinki, na których musiałem przejść do marszu wspomaganego kijkami. Tuż przed dotarciem do bacówki (na ok. 22-23 kilometrze) poczułem głód, a ponieważ miałem ze sobą orzechy i daktyle, to wyciągnąłem je i szybko pożarłem. Niestety, nie był to zbyt dobry wybór, bo od razu dostałem nudności i bólu żołądka, co zmusiło mnie do kilkunastominutowej przerwy na punkcie odżywczym w bacówce nad Wierchomlą. Zegarek pokazywał prawie równe 3 godziny od startu (czyli czas bardzo zbliżony do tego, co miałem na tym punkcie w poprzednich latach), teoretycznie dawało to wciąż szansę na złamanie mojego dotychczasowego rekordu trasy. Jednak długa przerwa na punkcie odżywczym, i nagłe osłabienie, sprawiły,że utraciłem w tym momencie wolę do walki, i z trudem powlokłem się na ostatnie 2 kilometry podbiegu. Przez kolejną godzinę nie byłem w stanie zmusić się do biegu, dopiero na ostatnich kilku kilometrach odzyskałem siły i przeszedłem znów do truchtu. Ostatni odcinek przebiegał praktycznie cały czas w dół, co tym bardziej zachęcało do przyśpieszenia. Na metę wpadłem mając na zegarku ok. 4:49, ale w podanych później wynikach odnotowano 4:55 (wyglądało to tak, jak gdyby nie uwzględniono przesunięcia godziny startu w Piwnicznej o około 6 minut w stosunku do pierwszej tury biegaczy).

Po wbiegnięciu na metę od razu udałem się do kwatery i pod prysznic, a dopiero po dłuższym czasie poszliśmy coś zjeść – tradycyjnie, do restauracji u Gaździny.

Następnego dnia, w niedzielę, postanowiłem, że jednak odpuszczę sobie start w Runek Run, bo nie czułem się na to na siłach. Natomiast Łukasz F., ku naszemu zaskoczeniu, pojawił się w Krynicy i zaliczył powyższy bieg. Dzięki temu mogliśmy się spotkać w czwórkę i przynajmniej przez chwilę pogadać.

Podsumowując, w tym roku nasz drużynowy udział w tej imprezie nie był tak udany jak w latach poprzednich. Ania ostatecznie wycofała się z rywalizacji po 77km, Łukasz F. zaliczył Runek Run w ok. 2:05, natomiast Jurij pobił swój rekord w biegu na 34km z czasem ok. 4:01. Osobiście stawiałem sobie wyższy cel, niż zmieszczenie się w granicach 5 godzin. Realistycznym wynikiem, na jaki było mnie stać, to ok. 4:30, gdyby nie problemy żołądkowe i w ich następstwie, spore osłabienie w drugiej części trasy. Trzeba jednak cieszyć się tym co jest, i iść dalej, niezależnie od przeciwności, pamiętając, że nie wynik jest najważniejszy, ale droga do celu.

O autorze LukaszA

Łukasz A – karierę biegacza amatora zaczął już kilkanaście lat temu, kiedy to większość ludzi nie wiedziała, że taki sport istnieje. W ciągu kariery nastukał sporo ładnych startów w asfaltowych ultramaratonach. Biegał więcej godzin z rzędu, niż niektórzy potrafią przepracować w ciągu tygodnia – czyli biegi 12-, 24- i 48-godzinne. Obecnie preferuje raczej krótkie biegi górskie oraz kameralne imprezy na trasach leśnych w okolicach Katowic. Trzyma się z dala od komercyjnych imprez promowanych jak kandydaci do sejmu przed wyborami. Oprócz tego koleguje się z rowerem, bo ten mu pozwala zarabiać i utrzymać dobrą kondycję. W wolnych chwilach ciśnie zwiedzać góry.