Wspomnienia z wyrypy beskidzkiej – lipiec 2018 cz.1

Wyrypa Beskidzka – rajd, zlot, górska przygoda, wyzwanie, impreza dystansowa, nawet ultramaraton? Wyrypa? pieszo, biegowo, półbiegowo? Można nazywać na wiele sposobów i pokonać dystans dowolnym sposobem, ale najważniejsze, że każdy startujący znajduje w niej coś dla siebie. Każdy traktuje ją według własnych założeń, sił i możliwości. Dla każdego jest czymś innym, a jednocześnie tym samym.

Kluczowym dystansem jest 100 km, jednak od kilku lat jest też połówka setki czyli najczęściej 50 km z hakiem, a dla tych, którzy oczekują jeszcze czegoś więcej od trzech lat mamy wyrypę ultra 130 – 150 kilka km. Od dwóch lat jest to ciut ponad 150 km, jednak trzymając się klasyki koronny dystans, który sprawia problem nieraz nie dwa nawet najwytrwalszym “wyjadaczom” to setka, a raczej ponad 100 km.

 

Chyba z racji całoweekendowych upałów 🙂 dla tegorocznej Wyrypy Beskidzkiej, która odbyła się 27-29 lipca koordynatorzy z SKPB Katowice (Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich) zwiększyli znacznie limit setki z 40 (41) godzin aż do 48 oraz dla dystansu 150 km z 54 do 60 godzin.

 

W pociągu do naszej grupki za Bielskiem dołączają Iza wraz z kolegą Grześkiem. I tak we wspólnym gronie mija nam czas dojazdu do Rajczy na różnorakich rozmowach nie tylko o wyrypie ale też szacowaniach sił i tym co nas czeka w tym roku. 🙂

Wysiadamy z pociągu, który nas dowiózł do Rajczy o 19.50 czyli prawie na godzinę 0, na start o 20.00. Jesteśmy stałą ekipą wyrypową tzn Ultra Ania, Dominik i ja, jednak w tym roku jeszcze dołączył do nas Łukasz A. czyli wsparł swoja osobą nasz łącznie poczwórny skład SUMTu. 🙂

Poszerzając zakres ekipy o znajomych z górskich imprez i z gór są też jak co roku stali wyjadacze i pogromcy wyryp – Andrzej i Grzesiek, jest Iza wraz z kolegą Grześkiem, jest Gosia z SKPB Katowice i jest Adrian (znajomy Ani). My razem pośród wielu znajomych twarzy, widzianych co roku lub nawet częściej, oraz te nowe. Wszyscy z ogromną determinacją, wiarą i siłą na zmierzenie się z ultra wyzwaniem, z dystansem, górami i ekstremalną przygodą. 🙂

Wybiła 20, ale warto poświęcić chwilę na wspólne zdjęcia, krótką pogawędkę, żeby się jeszcze pozytywniej nastroić, czy też wymianę info i założeń co do trasy, gdzieś pomiędzy odhaczeniem się z listy uczestników. Ale długo zwlekać nie można. Ania z Łukaszem wystartowali zaczynając od lekkiego biegu asfaltem, chwilę później ja i Dominik marszem by rozgrzać się dobrze wpierw. Na liczniku 20:18. Taki czas netto nam będzie towarzyszył.

Na początek spokojnie wg założeń, bez biegu, tym bardziej, że pod górkę.

Wychodzimy z Rajczy niebieskim. Po drodze wdrapujemy się na pierwsze pagórki rozmawiając z Izą i Grześkiem, wspominając, opowiadając co bywało w poprzednich wyrypach chłostach itp. 😛 Kontynuowałem jak pamiętam opowieść z wątkami z tegorocznej Chłosty Beskidzkiej, zapewne też o Odcinku Oszastowym, który znów już za niedługo miał nas czekać. Nieco dalej maszerują Andrzej i Grzesiek – tak samo dajemy upust wspomnieniom opisom trudnych momentów wyrypowych, a i żart musi nam towarzyszyć. Lecimy dalej, to płasko, to pod górkę, mijając się jeszcze w korowodzie wyrypowych śmiałków, wymieniając żart czy też powodzenia, a i pewnie do zobaczenia. Na nieco bardziej płaskim pytam Dominika: to co, bieg? – bieg! I tak wrzuciliśmy drugi bieg i zaczęliśmy się wdrażać w pożądany stały schemat marszobiegowy.

Hala Boracza i Cukiernica coraz bliżej. Widok na południe pozwala na obserwację bardzo ważnego zjawiska, jakim miało być zaćmienie księżyca. Pełne zaćmienie i to bardzo nietypowe bo najdłuższe w XXI wieku, z najdłuższa fazą zaćmienia całkowitego. Tarcza księżyca w zaćmieniu miała przybrać czerwonawy kolor. Fakt, zaćmienie trwało, ale jeszcze częściowe. Co chwila ktoś z aparatem, telefonem robi zdjęcia, to ktoś woła “szybko róbcie, szybko! bo go zaraz ukradną” 😀 Na szczęście jasny sierp nam trochę jeszcze towarzyszył, chowając się powoli w cień.

Biegiem, biegiem, marszem, biegiem i więcej biegu jak się da po w miarę płaskim. Mijam wyrypowiczów. Ania, Lukasz gdzieś przede mną pewnie już spory kawałek. Dominik gdzieś odstał z tyłu, ale i tak pewnie się zejdziemy gdzieś dalej. Założenie Ani jak i moje było takie, żeby robić swoje i swoim tempem, by najefektywniej wykorzystać siły, własne tempo, rytm i potrzeby zatrzymywania się. Tak tez poczyniliśmy.

Polana Cukiernica, bacówka ze szlakiem i kolejny odcinek zielonym, aż do żółtego i do Lipowskiej. Pierw odcinek młodnikowy, potem lasem i stokami Boraczego wierchu, to po płaskim, to trochę pod górkę. Raz bieg raz marsz – nie podpalać się, szybko, sprawnie ale zachowawczo. Żeby tak weszło w krew i pozostało. Długo jednak nie minąłem żadnego towarzysza, więc ci, co wystartowali szybciej i ci szybsi tudzież biegowi pewnie nieco albo dużo dalej gdzieś z przodu. Trawersując zbocze patrzę do tyłu w oddali w ciemności na zarysie stoku – są, są światełka wyrypowe. Niedużo, ale wyrypa żyje, jest dobrze. 🙂 Nieraz na wyrypie idąc na początku nocy można zaobserwować piękne zjawisko – rząd, wężyk, koraliki? światełek wyrypowych, wijących się z przodu i z tyłu po stokach, po pagórach w dół i w górę. Zjawisko do zobaczenia tylko na takich zacnych imprezach 🙂 Lecę dalej ostatni etap podejściowy do złączenia się szlaków. Kogoś przede mną widzę w oddali, ale potem znika. W końcu jestem na górze, chłodno rześko, jest czym oddychać. Truchtam po płaskim i docieram do Hali Lipowskiej. Patrze na południe, nocny widok, zarys gór na horyzoncie. Beskidy, Tatry chyba nawet majaczą, doliny, światła wsi, czarny nieboskłon nade mną pełen gwiazd i drogę mleczną też dobrze widać. Oooo – i jest też coś czego zwykle niema – zaćmienie trwa nadal 🙂 Zaćmienie w fazie całkowitej z czerwoną, widoczną tarczą księżyca, księżyca niczym w pełni, tyle że zupełnie bez odbitego światła. Trafiło mi się – akurat w takim widokowym miejscu clou tego zjawiska zobaczyć 🙂 Aż szkoda, że nie mam lustrzanki i czasu na nocne zdjęcia.

Po niecałej minucie zachwytu, zatrzymania się w czasie dolatuję do Lipowskiej witam się z ludziskami przy ognichu i lecę na Rysiankę. Na Rysiance jeden najpewniej wyrypowicz i jedna osoba ze schroniska. Robią zdjęcia, zaćmienie trwa, a ja lecę do toalet nabrać wody. Nie zatrzymuję się na nic więcej i wolnym krokiem jedząc batona musli schodzę obok fotografujących zaćmienie, obozujących w namiotach i imprezujących przy ogniskach rysiankowiczów. Rozpędzam się jako tako w dół i po pewnej chwili jestem na Hali Pawlusiej, skąd widać w stronę Beskidu Śląskiego i Żywca nieco fajnego nocnego widoku również. Oprócz nabierającego wody jak ja wyrypowicza, zbiegając w dół widziałem z przodu w stronę Romanki już na podejściu kolejną osobę. Wspinam się więc, wspinam, pierw stromo, potem łagodniej a nawet płasko i można podbiec. Przed szczytem doganiam Wyrypowiczów – dziadek wraz z wnukiem. Najstarszy wyrypowicz i stały wyrypowy uczestnik, jak o sobie powiedział, a ja kojarzyłem tego pana z widzenia jak najbardziej. Na Romance chwilę porozmawialiśmy wymieniliśmy spostrzeżenia, dotarł do nas jeszcze jeden towarzysz – z Rysianki, ale cóż, jeszcze dogryzam kanapki i czas w drogę. Na szczycie chłodno, bardzo rześko, pewnie ze 12 lub nawet 10 stopni tylko, przetaczają się nocne chmury i wilgoć z wiaterkiem. Zawijam się i truchtam w dół. Doganiam po kolei wyrypowych towarzyszy po czym kończą się nieco mokrawe stoki Romanki, a zaczyna się Kotarnica. Z naszej str. krótkie tylko podejście i już znak szlaków. Jednak na początku tego małego podejścia zauważyłem między drzewami pewnego zwierza. Coś świeciło okiem,  burknęło, warknęło i poszło w las, w dół stoku poczłapało -widziałem jeszcze grzbiet (kształt) wśród drzew chowający się w ciemność. Sądząc po odgłosie poruszania się nie było to lekkie zwierzę. Możliwości są dwie – jeleń mimo wszystko albo misiek -mimo że nie sapał jak niedźwiedź i nie mruczał?? Dzików na tej wysokości nie powinno być, poza tym dzikom oczy tak mocno nie odbijają światła – to po pierwsze.

Kotarnica szczyt, tabliczka szlaków i w dół, pierw szerokimi drogami jakoś idzie zbieg, da się szybko poruszać, potem etap wąskiej kamienisto błotnistej ścieżki – tutaj zaczynam sobie zdawać sprawę już z pewnych rzeczy… Szlak trudny, są kamienie, w tym luźne, jest też błoto, wąska ścieżka, krzaczory, drzewa – tak jak powinno być – Kotarnica w końcu, i tak aż prawie do samej Sopotniej Wielkiej nie można rozwinąć prędkości, trzeba hamować ciągle i się asekurować. Jednak coś jest jeszcze nie tak jak powinno być. Już to wcześniej zauważyłem. Rześko, chłodno, fajnie, ale jest problem, coraz bardziej przy każdym ruchu zwłaszcza przy siłowym hamowaniu z górki. Jest chęć do marszu, biegu ale coś jakby trzyma, odbiera siły. Jestem bardzo dobrze jak na Wyrypę przygotowany wydolnościowo i też technicznie biegowo. Ale coś nie gra, nie można dać z siebie nawet 70, 80%. Nie ma lekkości, czy to trucht po płaskim, czy zbieg, czy podejście – nie ma od samego początku, a tym bardziej teraz, lekkości i swobody w ruchu. Nie mówię o pojawiającym się zmęczeniu wysiłkiem fizycznym – ono zawsze jest i będzie, bo tez pewien dystans już jest. Każdy oddech w czasie wysokiego wysiłku przychodzi jakby z trudem. Tak jakby ciągnąć od prawie początku ze sobą sznurek z oponą i jeszcze mieć przytkane usta lub nos. Ciągle jakby z zaciągniętym hamulcem ręcznym. To jakby kwestia też zmęczenia psychicznego. Zaczynało to coraz bardziej siedzieć w świadomości.

Ale dobra brać co jest bo nic się na to nie poradzi. Jestem w Sopotniej na mostku przy wodospadzie, mamy godzinę 00:21. Na Romance było przed 23:15, a na Rysiance 22:35, więc tempo chyba dobre. Chwila przerwy na jakąś przekąskę koło mostka i wodospadu. Nagle patrzę – ni stąd ni z owąd na drugiej stronie mostka wyrypowicz – nie było go tam, zejście do wodospadu z drugiej strony, czyli z mojej. Mam już omamy czy jak? Widocznie musiał być gdzieś za krzakiem albo zszedł tą str. do potoku i nagle wyszedł. Zamieniliśmy dwa słowa o przerwie, jak się leci i pożyczyliśmy powodzenia. W drogę. W Sopotniej oprócz nas i lisa człapiącego asfaltem żywej duszy. Towarzysz wyrypowy jakieś 300 m przede mną. Jednak zgubiłem go na końcówce szlaku i podejścia na Przełęcz Przysłop. Z Przysłopu wydawało by się w dół w dół i sama przyjemność i łatwość, bo można zbiegać “grawitacyjnie”. Oj nieee nie tym razem… Pojawia się pierwsze zmęczenie oprócz ogólnej wspomnianej niewydolności. Niby z górki ale trzeba hamować i uważać na błoto. Oszczędzam siły i mało co biegnę, bardziej szybkim krokiem zczłapuję z górki, biegnę tylko po mniejszym nachyleniu. Jednak nie unikam uślizgu podpartego rękami na błocie 😛 Łatwo nie jest, jak ma być łatwo to nie na wyrypie i nie na ultra imprezie.

Jedziem dalej. Korbielów, docieram do Zajazdu Smrek i człapię asfaltem w górę, skręt koło sklepu w K. Kamiennej i dalej lekko w górę asfaltem. Gdzieniegdzie jeszcze ludzie imprezują na świeżym powietrzu, czy też siedzą, rozmawiają na podwórkach domostw i pensjonatów. Zejście z ulicy i szlak pod stokami narciarskimi, godzina 1:50. Podejście zaczyna męczyć, sił zaczyna ubywać. Wyciągam kijki do podejścia. Przyszła pora się wspomóc. Zakładam, wypycham kijkami i wdrapuje się coraz wyżej. Przerwa na ławce koło stoku narciarskiego, zjeść kanapkę, pomidora, rozprostować nogi, położyć się na 3 minuty na płaskim, rozprostować kręgosłup i w drogę. Lecąc ciągle nie dopytywałem reszty jakie ich położenie. Za Korbielowem puściłem zapytanie, podałem swoją pozycję. Dominik podał mi, że Romanka razem z Łukaszem, ale sprzed pół godziny albo coś koło tego. Myślę hmm to musieli trochę odpoczywać gdzieś, a z Łukaszem się minąłem może na Rysiance? Idę dalej, nie można wystygnąć całkiem. Górna część stoku ciągnie się mozolnie, a zroszone całkowicie trawy chłodzą, ale to nie przeszkadza, pierw pierwsza część, potem trochę lasu, po niej druga najwyższa część i dopiero wyjście na równą szerszą drogę, nawet po płaskim. Po podejściach chwila przerwy i coś do zjedzenia. Mija mnie wyrypowicz, a jako, że leci na lekko biegowo, tudzież “stylem mieszanym” “dowolnym” 😀 jak ja póki co, wymieniamy spostrzeżenia co do stosowania biegu, zbiegów i Kotarnicy, że ciężko było w dół. Ruszam po paru minutach, mając współwyrypowicza gdzieś z przodu na kilkaset metrów. Po ok. pół godzinie zbliżam się do Hali Miziowej. Poznając bardzo dobrze pierwsze dwie polanki wychodzę w końcu na górę na Halę. Godzina 3.05 piszę wieść do Ani i Dominika melduje swą pozycję, jednak okazuje się że Ania odpisała dużo wcześniej że była 00.50 w Sopotniej przy wodospadzie – czyli za mną?! Zdziwiłem się ogromnie, bo jakiegoś ekstremalnego tempa nie miałem przecież – tylko konsekwentnie do przodu i część biegiem. Do tego była też wieść od Dominika, którą rozczytałem z opóźnieniem. Pisał mi, że poleciałem gdzieś szybko i daleko, że nawet Ania nie może mnie dogonić. 😛

Idę jeszcze do potoczku umyć się nieco z błota i orzeźwić. W WC schroniskowym nie ma takiej wygody. 🙂 Wchodzę od kuchni turystycznej jak prawie zawsze i witam się z innymi. Ekipa spoza wyrypy pyta co robimy i czy biegam, ja opowiadam więc o wyrypie itd. aż temat zszedł jakoś na kawę i piwo – głodnemu… 🙂 Po czym sympatyczna dziewczyna z ekipy mówi, że mają w nadmiarze i wręcza mi piwo. 😀 Nie chce nic w zamian, mówi, że będzie jej lżej. Mam wypić ich zdrowie i tyle. 🙂 Podziękowałem wielokrotnie, a wtem po chwili do schroniska wpada Ania 🙂 która oznajmiła mi już jakiś czas wcześniej, że się zbliża. Dopytuję, jak to się stało że Ty za mną? 😛 Ja byłem pewien, że jesteś już po przerwie i gdzieś na Pilsko albo za Pilskiem śmigasz dawno!? i że Cię nie dogonię bynajmniej nie łatwo. Ania mówi, że trochę im zeszło, że poszli właśnie z rozpędu od bacówki przy Boraczej w górę na Redykalny i cofali się do zielonego szlaku. Na Rysiance, jako, że bufet okazało się był otwarty, skusiło ich piwo 🙂 i wraz z Dominikiem, Łukaszem i znajomym Ani – Adrianem zrobili przerwę, wypili piwo. Następnie Ania leciała pierwsza, a Dominik z Łukaszem razem szli z tyłu. Po chwili dostaliśmy też nowe info od Dominika, że Łukasz poddaje jednak wyrypę, a Dominik poważnie się zastanawia czy czasem nie skończyć też w Korbielowie. Szkoda by było i postanowiłem ich zmotywować jakoś. Dominik mimo bólu w biodrze podjął decyzje o dalszej walce, ale niestety Łukasz odpuścił i został czekając na busa do świtu.

Na Miziową jakiś niedługi czas po nas dotarli też Andrzej i Grzesiek 🙂 chwilę wcześniej Adrian i kilku innych zaprawionych w bojach wyrypowiczów. Czas posilić się, popijać wspólnie otrzymane piwo, potem kawę, uzupełnić wodę w kamelu i nie przedłużać już i tak zacnej przerwy 😛 Ania ruszyła, ja z 5, 7 min po niej – godzina 4:20.

Wdrapuję się na Pilsko żółtym. Zaczyna świtać, już nawet robi się dość jasno. U góry można próbować już zdjęć nawet. Na Pięciu Kopcach trochę ludzi koczujących od dawna lub nocujących na szczycie w oczekiwaniu wschodu słońca, w tym ekipa z hojną dawczynią piwa 🙂 Szybkie zdjęcie i na szczyt Pilska. Jak podejrzewałem, zaraz minę się z Anią i tak było. Ja kilka zdjęć na Pilsku, na szczycie chyba troje wyrypowiczów i coraz bliżej wschodu słońca. Wracam na Pięć Kopców, Ania czeka na wschód. Czekamy razem. Jest! Robimy sobie zdjęcia, upływa jakieś 12 min czy kwadrans łącznie, więc trzeba lecieć. Lecę pierwszy, Ania jeszcze została na zrobienie paru fotek. Nieco sił ogółem wróciło i można trochę pobiec, potruchtać i tak jestem na Cudzichowej, mijam ja szybko i jestem na Palenicy. Na szczycie ekipa pracowników leśnych a raczej badaczy? samochodem. Ostrzegają mnie przed niedźwiedzicą z młodymi, którą widziano o świcie dwa razy pod Trzema Kopcami i Rysianką. Idąc ostrzegam też pierwszego nie wyrypowego turystę. Robię przerwę na Trzech Kopcach, wpierw nieco hałasując, żeby ostrzec hipotetycznego niedźwiedzia. Zjadam co nieco i czekam, a po około 10 min nadciąga Ania z Adrianem. Adrian robi tylko 50tkę, ale za to wykręci ją ostatecznie w bardzo dobrym czasie. Życzymy sobie powodzenia i rozchodzimy się w swoje strony. Maszerujemy z Anią w dół w stronę Przełęczy Bory Orawskie.

Niestety, mało już sił u mnie i tym samym zapału do biegania, więc tylko po trochu dołączam bieg, na jakieś 50, 100 m i znów dalej marsz. Pogoda i biometr, gdyż jestem meteopatą, od wczoraj najwidoczniej przyczynia się do całkowitego rozkraczenia organizmu i “rozflaczenia ciała” 😛 do tego zmęczenie dystansem robi swoje. Ale dałbym wiele za “samo” zmęczenie. Trochę tych ultra tras już się doświadczyło i zdecydowanie to nie było samo zmęczenie! W efekcie Ania obiera własne tempo i truchta, a ja tylko maszeruję. Jednak gdzieś na 200 – 400 m ciągle jest przede mną. Minęliśmy Bory Orawskie i drałujemy dalej granicą. Zbliżamy się do Hrubej Buczyny. Ania podjada maliny, jeżyny i jagody, a ja trochę jagód zbieram, bo najłatwiej, a to lepsze i zdrowsze, zamiast zjadać słodycze. Podejrzewam, że Ania myśli o tym już, co będzie dalej w ciągu dnia, stąd pozwala sobie na wolniejsze tempo, wiedząc, jak bardzo fobicznie boi się burz, co jest niezależne od niej, i woli nie narażać się na takie lęki. Burze mają być na pewno, tylko pytanie czy ominą naszą aktualna pozycję na trasie? Ciepły parny dzień się szykuje po nie tak ciepłej, ale też parnej, wilgotnej nocy. Cóż, jaką pogodę Pan Bócek dał, taką mamy, i nic się cholera już na to nie poradzi, trzeba walczyć. Jedynie szkoda, że taka dupiata trafiła się akurat w ten weekend. Do gorącej, parnej aury i bardzo kiepskiego biometru dochodzi tez pełnia księżyca, podczas której większość ludzi czuje się źle, jest większe rozdrażnienie i fatalne samopoczucie. Ale tak jak wspomniałem, trzeba walczyć, więc człapiemy. Hruba Buczyna. Ania jadła owoce lasu, ja z przodu schodzę już w kierunku Krawców Wierchu, jednak robię przerwę jeszcze i czekam na Anię jakieś 10 min. Okazuje się, że Ania nie idzie sama, kto mógł dogonić? Ktoś szybki więc Andrzej z Grześkiem to mogą być, albo ktoś jeszcze inny. A tu niespodzianka 😀 Mamy Dominika 🙂 Ten, który chciał to odpuścić całkiem i wrócić z Korbielowa do domu! Nie robił długiej przerwy na Miziowej i tym bardziej po drodze, w tym na Pilsku. Równo trzymał szybkie tempo i jest. Jest dalej w grze 🙂 Docieramy na Krawców. Tam Zacni wyrypowicze, dziadek wraz z wnukiem z Romanki i Miziowej. Dosiadamy się, rozmawiamy, słuchamy opowieści z zagranicy najstarszego w towarzystwie. Jemy podwójną jajecznicę i pijemy piwo na dwoje, troje. Kawa też musi być, a jakże – tutaj nie ma mowy o zdrowotności 🙂

Idziemy na dwór, żeby dopełnić to wszystko drzemką. Ale… drzemka się przeciąga do dobrej ponad godziny. Co to się z nami dzieje? Ania oświadcza po przeglądnięciu prognozy, że jednak nie idzie dalej teraz, bo burza złapie nas na odcinku Oszastowym przed Rycerzową – odpuszcza. Zostaje aż do późnego popołudnia, jak będzie po burzach i wtedy będzie nadrabiać cały dystans na szybko. W międzyczasie dotarli tez Andrzej i Grzesiek. Robimy wspólne zdjęcia i rozważamy, co dalej, tzn. zdanie mamy tylko jedno odnośnie realiów z pogodą, siłami i tym wszystkim – odcina nam wszystkim prąd, odcina zapał, idziemy na siłę zamiast z lekkością. A obecnie już po 10 i robi się coraz większa żarówa z parówą… Co to jest? i dlaczego? Przecież to nie sam letni dzień z upałem jest przyczyną – nie wiemy, tzn. wiemy, ale czemu akurat na naszej wyrypie tak bardzo niema siły na nic i 46 km trasy mija a my czujemy się nooo… jak po dobrych 65, 70 km? Albo i większej dawce…

Czas mimo wszystko ruszać. Ania oświadczyła ostatecznie, że zostaje na Krawcowie i ruszy, gdy sytuacja z burzami się rozwiąże. Czyli późnym popołudniem lub nawet wieczorem.

Ruszamy z Dominikiem jakiś kwadrans po Andrzeju i Grześku. Nieco wypoczęci, można maszerować. Nie mija pół godziny i jesteśmy na przełęczy Glinka. Stąd dalej wzdłuż granicy przez rozjeżdżone błoto po zrywce drzew, która nawet właśnie się odbywała. Słońce grzeje już bardzo mocno, temperatura bardzo wysoka jak na góry, maszerujemy dzikim szlakiem granicznym w kierunku Jaworzyny, Oszusta, (Oszastu – bo tak zwie się rezerwat na szczycie góry) bardzo dzikie miejsce z niemal naturalną, pierwotną puszcza karpacką. Doszliśmy w końcu w miejsce, gdzie oznaczony jest po słowacku szczyt Jaworzyna. W żarze słońca i duchocie robimy przerwę na jeszcze lekko wilgotnym mchu i trawie. Zaglądam do stóp, na których zaczęły rosnąć bąble. Bąble…! a to dopiero 50 kilka km. Czy to przez upał? przez buty biegowe terenowe, w których i chodzę i biegam po górach – od roku porzuciłem niskie treki na rzecz biegowych butów i od tej pory nie mam problemów z odgniataniem i zapaleniem ścięgien, kostek. Ale… czyżby były za miękkie na taki dystans i podłoże? Chyba jednak nie, bo już nieraz się sprawdziły na takich dystansach, jak osiągnęliśmy w tym momencie i to kwestia głównie upału. Co będzie dalej? Cholera, kto to wie, na pewno szykuje się ostra walka psychiczna i fizyczna i to właśnie dodatkowo z bolącymi stopami od bąbli, co chyba bardziej mnie wnerwia, niż nawet boli, a w efekcie krzywi i paraliżuje chód, stawiane kroki a patrząc dalej męczy mięśnie i zabiera siły. W ultra dystansach jak w przyrodzie – nic nie ginie… W każdym razie nadszedł ten moment, w którym można już całkowicie zapomnieć o bieganiu a nawet truchtaniu. Koniec!

Minęła chwila patrzymy z Dominikiem a tu zza świerków wyłaniają się Andrzej z Grześkiem!? Jak to? Przecież byli przed nami i jeszcze ich nie dogoniliśmy… Jak widać na wyrypie nie można być niczego do końca pewnym. Zamieniamy ze dwa zdania, z których jedno brzmiało z ust Andrzeja “Aaa nawet mi nie mów” 😛 Gdyż pytaliśmy, czy pobłądzili, co się stało? Zgubili więc szlak gdzieś w rejonie Przełęczy Glinki i cóż, trzeba cisnąć dalej. Również się zbieramy nieco posileni przekąską a przed nami trochę w dół trochę po płaskim trochę w górę po czym bardzo w górę 🙂 Taaak… Oszast wita! Na podejściu obok lichego, zamulonego źródełka robimy przerwę techniczną. Myję zimną woda nogi i zakładam pod pierwsze skarpety drugie cieńsze kompresyjne, które za zadanie miały trzymać upinać stopę i skórę, by nie ocierała nadmiernie a za to, by skarpety tarły o siebie nawzajem i by bąble nie rosły. Do tego zakładam opaski kompresyjne na łydki. Może za późno te zabiegi? Na postoju dołączył do nas wyrypowicz Grzesiek 🙂 (też Grzesiek), z którym mijaliśmy się już wcześniej. Jemu niestety zabrakło wody, jednak miał ze sobą filtr do uzdatniania wody. Nabrał z zamulonego źródełka, po czym degustowaliśmy wodę, która wcale nie była zła 🙂 Tak więc sprzęt noszony nie raz może się przydać. Ja w razie W. w zaopatrzeniu miałem tabletki do odkażania wody, a filtrować z osadów musiałbym przez materiał. Jednak nie było póki co takiej konieczności. Idziemy wspinamy się w górę, a i zastosowane zabiegi z nogami okazały się dobrym rozwiązaniem, mimo większej ilości materiału nogi były świeższe. Kończy się podejście, jeszcze dłuższa prosta, kawałek kolejnego i szczyt szczytów króla beskidzkiej dziczy – Oszastu. 🙂 Robimy jeszcze jedną krótka przerwę na szczycie i dogania nas Grzesiek. Posilamy się, robimy zdjęcie, chwila odpoczynku i w drogę – od razu w dół na ścianę zejściową. Schodzimy – 200 lub nawet łącznie 300 m stromizny oszastowej, 35 do nawet ponad 45 stopni nachylenia z przeschniętym na szczęście błotem i luźną ściółką. Ooooj gdyby tak popadało i glina rozmokła 🙂 – przerabialiśmy to już nieraz na innych wyrypach i wyjazdach. Jazda na całego! Nie polecam przeżyć. Oszast i Świtkowa, która dopiero przed nami – największe nachylenia bez trawersującego szlaku w całych Beskidach. Trzeba samemu szukać skosów do wejścia lub zejścia, chwytać się drzew albo wbijać porządnie buty w błoto i ściółkę. Oszast za nami, przed nami grzbiety to w górę, to w dół, przez Pański kamień – na którym krótka pauza, Beskid Bednarów, Talapków i mamy już trochę po godzinie 15. Około 15.30 łapie nas deszcz przed Świtkową. Kilka grzmotów, 15, 20 min deszczu i generalnie po burzy. Docieramy akurat do Świtkowej i na całe szczęście woda tak szybko odparowała że zejście z nachyleniem, choć krótsze to w jednym miejscu jeszcze stromsze niż na Oszaście – ma prawie albo nawet równe 50 stopni nachylenia. Nie % a stopni 🙂 – ściana! Kosztowało nas to sporo energii i odetchnęliśmy dopiero na dole. Jednak jak się okazało później nie aż tyle sił i nerwów co Anię, która w niedzielę opowiedziała nam jak to zjeżdżała po Świtkowej na szczęście nogami w przód. :]

Idziemy dalej szlakiem żółtym na Rycerzową podjadając maliny po drodze. Około godziny 16, trochę jakby chłodniej po opadzie i w lesie, jednak nie zmienia to nic jak chodzi o biometr – nie ma energii, człowiek jest flakiem, oddycha się ciężko, coraz mniej sił.