Wspomnienia z wyrypy beskidzkiej – lipiec 2018 cz.1/2

Wyrypa Beskidzka – rajd, zlot, górska przygoda, wyzwanie, impreza dystansowa, nawet ultramaraton? wyrypa? pieszo, biegowo, półbiegowo? Można nazywać na wiele sposobów i pokonać dystans dowolnym sposobem, ale najważniejsze, że każdy startujący znajduje w niej coś dla siebie. Każdy traktuje ją według własnych założeń, sił i możliwości. Dla każdego jest czymś innym a jednocześnie tym samym.

Kluczowym dystansem jest 100 km, jednak od kilku lat jest też połówka setki, czyli najczęściej 50 km z hakiem, a dla tych, którzy oczekują jeszcze czegoś więcej od trzech lat mamy wyrypę ultra 130 – 150 kilka km. Od dwóch lat jest to ciut ponad 150 km, jednak trzymając się klasyki koronny dystans, który sprawia problem nie raz, nie dwa nawet najwytrwalszym „wyjadaczom”, to setka a raczej ponad 100 km.

Prawdopodobnie z racji upałów zapowiadanych na cały weekend, dla tegorocznej Wyrypy Beskidzkiej, która odbyła się 27-29 lipca koordynatorzy z SKPB Katowice (Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich) zwiększyli znacznie limit setki z 40 (41) godzin aż do 48. Dla dystansu 150 km pozostał limit 60 godzin jak rok temu.

W pociągu do naszej grupki za Bielskiem dołączają Iza wraz z kolegą Grześkiem. I tak we wspólnym gronie mija nam czas dojazdu do Rajczy na różnorakich rozmowach nie tylko o wyrypie ale też o niej, o tym co nas czeka w tym roku wraz z szacowaniem sił. 🙂

Wysiadamy z pociągu, który nas dowiózł do Rajczy o 19.50 czyli prawie na godzinę 0, na start o 20.00. Jesteśmy stałą ekipą wyrypową tzn. Ultra Ania, Dominik i ja, jednak w tym roku jeszcze dołączył do nas Łukasz A. czyli wsparł swoja osobą poczwórny skład SUMTu. 🙂

Poszerzając zakres ekipy o znajomych z górskich imprez i z gór są też jak co roku stali wyjadacze i pogromcy wyryp Andrzej i Grzesiek, jest Iza wraz z kolegą Grześkiem, jest Gosia z SKPB Katowice i jest Mariusz znajomy Ani. My razem pośród wielu znajomych twarzy widzianych co roku lub nawet częściej oraz te nowe. Wszyscy z ogromną determinacją, wiarą i siłą na zmierzenie się z ultra wyzwaniem, z dystansem, górami i ekstremalną przygodą. 🙂

Fot. 1. Grono wyrypowiczów oczekujących na start na parkingu, miejscu zbiórki pod dworcem PKP w Rajczy.

Fot. 2. Nasza ekipa od lewej: ja, Dominik, Łukasz, Iza, Grzesiek kolega Izy.

Wybiła 20, jednak warto poświęcić chwilę na wspólne zdjęcia, krótką pogawędkę żeby się jeszcze pozytywniej nastroić, czy też wymianę info i założeń odnośnie trasy, gdzieś pomiędzy odhaczeniem się z listy uczestników. Ale długo zwlekać nie można. Ania z Łukaszem wystartowali zaczynając od lekkiego biegu asfaltem, chwilę później ja i Dominik marszem by wpierw rozgrzać się dobrze. Na liczniku 20:18. Taki czas netto nam będzie towarzyszył.

Fot. 3. Pełny skład SUMT na tegoroczną wyrypę, czyli Łukasz, Ania, Dominik, ja oraz Andrzej, po prawej schowana Gosia z SKPB Katowice.

Na początek spokojnie wg założeń bez biegu tym bardziej pod górkę.

Wychodzimy z Rajczy niebieskim szlakiem. Po drodze wdrapujemy się na pierwsze pagórki rozmawiając z Izą i Grześkiem, wspominając, opowiadając co bywało w poprzednich wyrypach i chłostach. Kontynuowałem jak pamiętam opowieść z wątkami z tegorocznej Chłosty Beskidzkiej zapewne też o odcinku Oszastowym, który znów już za niedługo miał nas czekać. Nieco dalej maszerują Andrzej i Grzesiek tak samo dajemy upust wspomnieniom opisom trudnych momentów wyrypowych, a i żart też musi nam towarzyszyć. Lecimy dalej, to płasko, to pod górkę mijając się jeszcze w korowodzie wyrypowych śmiałków, wymieniając żart czy też wzajemne – powodzenia. Na nieco bardziej płaskim pytam Dominika – to co? bieg? – bieg!. I tak wrzuciliśmy drugi bieg i zaczęliśmy się wdrażać w pożądany stały schemat marszobiegowy.

Fot. 4. Pierwsze podejścia ponad Rajczą.

Fot. 5. Nieco wyżej już po zachodzie słońca idąc jeszcze bez czołówek.

Hala Boracza i Cukiernica coraz bliżej. Widok na południe pozwala na obserwację bardzo ważnego zjawiska jakim jest zaćmienie księżyca. Pełne zaćmienie i to bardzo nietypowe bo najdłuższe w XXI wieku, z najdłuższa fazą zaćmienia całkowitego. Tarcza księżyca w zaćmieniu miała przybrać czerwonawy kolor. Fakt zaćmienie już trwało jednak jeszcze puki co częściowe. Co chwila ktoś z aparatem, telefonem robi zdjęcia, to ktoś woła “szybko róbcie, szybko! bo go zaraz ukradną”. 🙂 Na szczęście jasny sierp nam trochę jeszcze towarzyszył chowając się powoli w cień.

 

Fot. 6. Pierwszy widok z trwającym już zaćmieniem księżyca.

Biegiem, biegiem, marszem, biegiem i więcej biegu jak się da, po w miarę płaskim. Mijam wyrypowiczów. Ania, Lukasz gdzieś przede mną pewnie już spory kawałek. Dominik gdzieś odstał z tyłu ale i tak pewnie się zejdziemy gdzieś dalej. Założenie Ani jak i moje było takie żeby robić swoje i swoim tempem by najefektywniej wykorzystać siły, własne tempo, rytm i potrzeby zatrzymywania się. Tak tez robiliśmy.

Polana Cukiernica, bacówka z oznaczeniem szlaku niebieskiego i kolejny odcinek szlakiem zielonym, aż do żółtego i do Lipowskiej. Pierw odcinek młodnikowy potem lasem i stokami Boraczego Wierchu, to po płaskim, to trochę pod górkę. Raz bieg raz marsz – nie podpalać się, przemieszczać się szybko, sprawnie ale zachowawczo by nie tracić sił. Żeby tak weszło w krew i pozostało. Długo jednak nie minąłem żadnego wspólwyrypowicza więc ci co wystartowali szybciej i ci szybsi tudzież biegowi są nieco albo dużo dalej gdzieś z przodu. Trawersując zbocze patrzę do tyłu w las, w oddali, w ciemności na zarysie stoku – są, są światełka wyrypowe. Niedużo ale wyrypa żyje, jest dobrze. 🙂 Nieraz na wyrypie idąc na początku nocy niedługo po starcie można zaobserwować piękne zjawisko – rząd, wężyk, sznur światełek wyrypowych, wijących się z przodu i z tyłu po stokach, po pagórach w dół i w górę. Zjawisko do zobaczenia tylko na takich zacnych imprezach. 🙂 Lecę dalej, ostatni etap podejściowy do złączenia się szlaków. Kogoś przede mną widzę w oddali, lecz po chwili znika. W końcu jestem na górze, chłodno rześko, jest czym oddychać. Truchtam po płaskim i docieram do Hali Lipowskiej. Patrzę na południe, nocny widok, zarys gór na horyzoncie. Beskidy, Tatry nawet w oddali majaczą, światła wsi w dolinach, czarny nieboskłon nade mną pełen gwiazd z wyraźnie widoczną drogą mleczną. Oooo – i jest też coś czego zwykle niema – zaćmienie trwa nadal. 🙂 Zaćmienie w fazie całkowitej z czerwonawą widoczną tarczą księżyca, księżyca niczym w pełni tyle że zupełnie bez jasnego odbitego światła. Trafiło mi się. Akurat w takim widokowym miejscu clou tego zjawiska zobaczyć. 🙂 Aż szkoda że nie mam lustrzanki i czasu na nocne zdjęcia.

Po niecałej minucie zachwytu, zatrzymania się w czasie dolatuję do Lipowskiej witam się z ludziskami przy ognichu i lecę na Rysiankę. Na Rysiance przy ławkach jeden najpewniej wyrypowicz i jedna osoba ze schroniska robią zdjęcia, zaćmienie trwa a ja lecę nabrać wody z kranu. Nie zatrzymuję się na nic więcej i wolnym krokiem jedząc batona musli schodzę za schronisko obok fotografujących zaćmienie, obozujących w namiotach i imprezujących przy ogniskach Rysiankowiczów. Rozpędzam się jako tako w dół i po pewnej chwili jestem na Hali Pawlusiej skąd widoczny jest w stronę Beskidu Śląskiego i Żywca aż po Beskid Śląsko Morawski fajny nocny krajobraz. Oprócz nabierającego wody jak ja wyrypowicza zbiegając w dół widziałem z przodu w stronę Romanki już na podejściu kolejne osoby. Wspinam się więc wspinam na główne podejście, pierw stromo potem łagodniej a pod koniec już prawie po płaskim i można podbiec. Przed szczytem i drugim łagodniejszym podejściem doganiam wyrypowiczów – dziadek wraz z wnukiem. Najstarszy wyrypowicz i stały wyrypowy uczestnik jak o sobie powiedział a ja kojarzyłem tego pana z widzenia jak najbardziej. Na Romance chwilę porozmawialiśmy wymieniliśmy spostrzeżenia, dotarł do nas jeszcze jeden towarzysz – z Rysianki ale cóż, dogryzam jeszcze kanapki i czas w drogę. Na szczycie chłodno, bardzo rześko, pewnie ze 12 lub nawet 10 stopni tylko, przetaczają się nocne chmury i wilgoć z wiaterkiem.

Fot. 7. Na szczycie Romanki.

Zwijam się i truchtam w dół. Doganiam ponownie po kolei wyrypowych towarzyszy, po czym kończą się nieco mokrawe stoki Romanki a zaczyna się Kotarnica. Z naszej strony krótkie tylko podejście i już znaki szlaków. Jednak na początku tego małego podejścia zauważyłem między drzewami pewnego zwierza. Coś świeciło okiem,  burknęło, warknęło i poszło w las, w dół stoku poczłapało – widziałem jeszcze grzbiet (kształt) wśród drzew chowający się w ciemność. Sądząc po odgłosie poruszania się nie było to lekkie zwierzę. Możliwości są dwie – jeleń mimo wszystko albo nawet misiek – pomimo że nie sapał jak niedźwiedź i nie mruczał?? Dzików na tej wysokości nie powinno być poza tym dzikom oczy tak mocno nie odbijają światła – to po pierwsze.

Kotarnica szczyt, tabliczka szlaków i w dół, pierw szerokimi drogami jakoś idzie zbieg, da się szybko poruszać, potem etap wąskiej kamienisto błotnistej ścieżki. Tutaj zaczynam sobie zdawać sprawę już z pewnych rzeczy… Szlak trudny, są kamienie w tym luźne, jest też błoto, wąska ścieżka, krzaczory, drzewa, czyli tak jak powinno być – Kotarnica w końcu. Tak aż prawie do samej Sopotniej Wielkiej nie można rozwinąć prędkości, trzeba hamować non stop i się asekurować. Jednak coś jest nie tak jak powinno być! Już to wcześniej zauważyłem. Rześko chłodno fajnie ale jest problem, coraz bardziej wyraźny przy każdym ruchu zwłaszcza przy siłowym hamowaniu z górki. Jest chęć do marszu, biegu ale coś jakby trzyma, odbiera siły. Jestem bardzo dobrze jak na Wyrypę Beskidzką przygotowany wydolnościowo i też technicznie biegowo. Ale coś nie gra, nie można dać z siebie nawet 70, 80%. Nie ma lekkości czy to trucht po płaskim, czy zbieg, czy podejście – nie ma od samego początku a tym bardziej teraz lekkości i swobody w ruchu. Nie mówię o pojawiającym się zmęczeniu wysiłkiem fizycznym – ono zawsze jest i będzie, bo też pewien dystans już jest. Tutaj teraz każdy oddech w czasie wysokiego wysiłku przychodzi jakby z trudem. Tak jakby ciągnąć od prawie początku ze sobą sznurek z oponą i jeszcze mieć przytkane usta lub nos. Ciągle jakby z zaciągniętym hamulcem ręcznym. To jakby kwestia też zmęczenia psychicznego. Zaczynało to coraz bardziej siedzieć w świadomości.

Ale dobra – brać, co jest, bo nic się na to nie poradzi. Jestem w Sopotniej na mostku przy wodospadzie, mamy godzinę 00:21. Na Romance było przed 23:15 a na Rysiance 22:35 więc tempo chyba dobre. Chwila przerwy na jakąś przekąskę koło mostka i wodospadu. Nagle patrzę ni stąd ni z owąd na drugiej stronie mostka wyrypowicz – nie było go tam, zejście do wodospadu z drugiej strony czyli z mojej. Mam już omamy czy jak? Widocznie musiał być gdzieś za krzakiem albo zszedł jednak ta str. do potoku i nagle wyszedł. Zamieniliśmy dwa słowa o przerwie, jak się leci i pożyczyliśmy powodzenia. W drogę. W Sopotniej oprócz nas i lisa człapiącego sobie asfaltem niema żywej duszy. Towarzysz wyrypowy szybko wspina się na podejściu jakieś ponad 200 m przede mną. Jednak zgubiłem wzrokiem jego światło na końcówce szlaku i podejścia na Przełęcz Przysłop. Z Przysłopu wydawało by się w dół w dół i sama przyjemność i łatwość, bo można zbiegać “grawitacyjnie”. Oj nieee, nie tym razem… Pojawia się pierwsze zmęczenie oprócz ogólnej wspomnianej niewydolności. Niby z górki ale trzeba hamować i uważać na błoto. Oszczędzam siły i mało co biegnę, bardziej szybkim krokiem zczłapuję z górki, biegnę tylko po mniejszym nachyleniu. Jednak nie unikam uślizgu podpartego rękami na błocie. 🙂 Łatwo nie jest, jak ma być łatwo to nie na wyrypie i nie na ultra imprezie.

Jedziem dalej. Korbielów, docieram do Zajazdu Smrek i człapię asfaltem w górę, skręt koło sklepu w Korbielowie Kamiennej i dalej lekko w górę asfaltem. Gdzieniegdzie jeszcze ludzie imprezują na świeżym powietrzu czy też siedzą, rozmawiają na podwórkach domostw i pensjonatów. Zejście z ulicy i szlak pod stokami narciarskimi, godzina 1:50. Podejście zaczyna męczyć, sił zaczyna ubywać. Nieco wnerwiony tą sytuacją wyciągam kijki do podejścia. Przyszła pora się wspomóc. Zakładam, wypycham kijkami i wdrapuje się coraz wyżej. Przerwa na ławce koło stoku narciarskiego by zjeść kanapkę, pomidora bo może to wszystko jednak brak pożywienia? Rozprostować nogi, położyć się na 3 minuty na płaskim, rozprostować kręgosłup i w drogę. Lecąc ciągle nie dopytywałem wcześniej reszty jakie ich położenie. Za Korbielowem puściłem zapytanie, podałem swoja pozycję. Dominik podał mi że Romanka razem z Łukaszem ale wieść sprzed pół godziny albo coś koło tego. Myślę hmm… to musieli trochę odpoczywać gdzieś a z Łukaszem się minąłem może na Rysiance? Idę dalej bo nie można wystygnąć całkiem. Górna część stoku ciągnie się mozolnie, a zroszone całkowicie trawy chłodzą ale to wcale nie przeszkadza, pierw pierwsza część potem trochę lasu, po niej druga najwyższa część i dopiero wyjście na równą szerszą drogę nawet po płaskim. Po podejściach chwila przerwy i coś do zjedzenia. Mija mnie wyrypowicz a jako że leci na lekko, biegowo, tudzież “stylem mieszanym”, “dowolnym” jak ja, 🙂 wymieniamy spostrzeżenia co do stosowania biegu, zbiegów i Kotarnicy, że ciężko było w dół. Ruszam po paru minutach mając współwyrypowicza gdzieś z przodu na 200 później do kilkuset metrów, sądząc po świetle w oddali. Po ok. pół godzinie zbliżam się do Hali Miziowej. Poznając bardzo dobrze pierwsze dwie polanki wychodzę w końcu na górę na Halę. Godzina 3.05 piszę wieść do Ani i Dominika melduje swą pozycję, jednak okazuje się że Ania odpisała mi wcześniej, że była 00.50 w Sopotniej przy wodospadzie – czyli za mną?! Zdziwiłem się ogromnie bo jakiegoś ekstremalnego tempa nie miałem przecież – tylko konsekwentnie do przodu i część biegiem. Do tego była też wieść od Dominika, pisał mi że ja to poleciałem gdzieś szybko i daleko że nawet Ania nie może mnie dogonić. 😛

Idę jeszcze do potoczku na hali umyć się nieco z błota i orzeźwić. W wc schroniskowym nie ma takiej wygody. 🙂 Wchodzę od kuchni turystycznej jak prawie zawsze i witam się z innymi. Ekipa z poza wyrypy pyta co robimy i czy biegam, ja opowiadam więc o wyrypie itd. że tez biegnę część dystansu aż temat zszedł jakoś na kawę i piwo – głodnemu… 🙂 Po czym sympatyczna dziewczyna z ekipy mówi, że mają w nadmiarze i wręcza mi piwo. 😀 Nie chce nic w zamian mówi ze będzie jej lżej. Mam wypić ich zdrowie i tyle. 🙂 Podziękowałem wielokrotnie a wtem po chwili do schroniska wpada Ania 🙂 która oznajmiła mi już jakiś czas wcześniej, że się zbliża. Dopytuje jak to się stało że Ty za mną? 😛 Ja byłem pewien, że jesteś już po przerwie i gdzieś na Pilsko albo za Pilskiem śmigasz dawno!? I że Cię nie dogonię bynajmniej nie łatwo. Ania mówi, że trochę im zeszło, że poszli właśnie z rozpędu od bacówki przy Boraczej w górę w stronę Redykalnego i po zorientowaniu się w terenie cofali się do zielonego szlaku. Na Rysiance jako, że bufet okazało się był otwarty skusiło ich piwo 🙂 i wraz z Dominikiem, Łukaszem i znajomym Ani – Mariuszem zrobili przerwę, wypili piwo. Następnie Ania leciała pierwsza a Dominik z Łukaszem razem szli z tyłu. Po chwili dostaliśmy też nowe info od Dominika, że Łukasz poddaje jednak wyrypę a Dominik poważnie się zastanawia czy czasem nie skończyć też w Korbielowie. Szkoda by było i postanowiłem ich zmotywować jakoś. Dominik mimo bólu w biodrze podjął decyzje o dalszej walce, lecz niestety Łukasz odpuścił i został czekając na busa do świtu.

Na Miziową jakiś niedługi czas po nas dotarli też Andrzej i Grzesiek 🙂 wcześniej przed nimi Mariusz i kilku innych zaprawionych w bojach wyrypowiczów. Czas posilić się popijać wspólnie otrzymane piwo, potem kawę, uzupełnić wodę w kamelu i nie przedłużać już itak zacnej przerwy. Ania ruszyła ja z 5, 7 min po niej – godzina 4:20.

Fot. 8. Ania wraz z Grześkiem i Andrzejem w Schronisku na Hali Miziowej.

Fot. 9. Podczas przerwy na Miziowej, gdy dotarli już kolejni uczestnicy wyrypy.

Wdrapuje się na Pilsko żółtym szlakiem. Zaczyna świtać, z każdą chwilą robi się jaśniej. U góry można próbować już nawet zdjęć. Na Górze Pięciu Kopców trochę ludzi koczujących od dawna lub nocujących na szczycie w oczekiwaniu wschodu słońca w tym ekipa z hojną dawczynia piwa. 🙂 Szybkie zdjęcie i na szczyt Pilska. Jak podejrzewałem zaraz minę się z Anią i tak było.

Fot. 10. Świt z podejścia na Pilsko z widokiem na pasmo Babiej Góry i Mędralowej.

Fot. 11. Ania na tle wschodu słońca, na Górze Pięciu Kopców.

Fot. 12. Ja na tle wschodu słońca.

Fot. 13. Chwilę po wschodzie słońca, zbliżenie na Babia Górę.

Fot. 14. Początek pięknego poranka, zejście z Pilska czarnym szlakiem w stronę Hali Miziowej.

Robię kilka zdjęć na Pilsku, na szczycie dwoje wyrypowiczów i ze dwóch obserwatorów, coraz bliżej wschodu słońca. Wracam biegiem na Pięć Kopców, Ania czeka na wschód. Czekamy razem. Jest! Robimy zdjęcia. Upływa jakieś 10 min czy kwadrans łącznie, więc trzeba lecieć dalej. Lecę pierwszy, Ania została na chwilę by zrobić jeszcze kilka ujęć. Nieco sił ogółem wróciło i można trochę pobiec, potruchtać i tak po niedługim czasie jestem na Hali Cudzichowej. Mijam ja szybko i wspinam się na Palenicę.

Fot. 15. Hala Cudzichowa i szczyt Palenica.

Na szczycie ekipa pracowników leśnych z samochodem a raczej badaczy. Ostrzegają mnie przed niedźwiedzicą z młodymi, którą widziano o świcie dwa razy, pod Trzema Kopcami i na Rysiance. Idąc ostrzegam też pierwszego nie wyrypowego turystę. Robię przerwę na Trzech Kopcach, wpierw nieco hałasując żeby ostrzec hipotetycznego niedźwiedzia. Zjadam conieco i czekam a po około 10 minutach nadciąga Ania z Mariuszem. Mariusz robi tylko 50kę, ale za to wykręci ją ostatecznie w bardzo dobrym czasie. Życzymy sobie powodzenia i rozchodzimy się w swoje strony. Maszerujemy z Anią w dół w stronę Przełęczy Bory Orawskie.

Fot. 16. Na Trzech Kopcach.

Niestety mało już sił u mnie i tym samym zapału do biegania, więc tylko po trochu dołączam bieg na jakieś 50, 100 m i znów dalej szybki marsz. Pogoda i biometr gdyż jestem meteopatą od wczoraj najwidoczniej przyczynia się do całkowitego rozkraczenia organizmu i sflaczenia ciała, do tego zmęczenie dystansem już robi swoje. Ale dałbym wiele za “samo zmęczenie”. Trochę tych ultra tras już się doświadczyło i zdecydowanie tutaj to nie było samo zmęczenie! W efekcie Ania obiera własne tempo i truchta a ja tylko maszeruję. Jednak gdzieś na 200 – 400 m ciągle jest przede mną. Minęliśmy Bory Orawskie i drałujemy dalej granicą. Zbliżamy się do Hrubej Buczyny. Ania podjada maliny, jeżyny i jagody, ja też trochę jagód zbieram a to lepsze i zdrowsze niż zjedzenie batona. Podejrzewam też, że Ania myśli już o tym, co będzie dalej w ciągu dnia, stąd pozwala sobie na wolniejsze tempo i zdając sobie sprawę jak bardzo fobicznie boi się burz, wywołujących lęk, który jest niezależny od niej, woli nie narażać się na takie doświadczenia, więc na pewno myśli już o tym, że i tak będzie zmuszona zostać na dłużej na Krawcowie. Dla tego na Krawcowie gdyż następne schronisko jest dużo dalej na Rycerzowej, za całym odcinkiem granicznym z Oszastem itd. Burze mają być na pewno tylko pytanie czy ominą naszą aktualna pozycję na trasie? Ciepły, parny dzień się szykuje po nie tak ciepłej, ale parnej, wilgotnej nocy.

Fot. 17. Widok na południe z rejoniu Hrubej Buczyny. W oddali widoczny Wielki Chocz.

Cóż, jaką pogodę Pan Bócek dał taką mamy i nic się cholera już na to nie poradzi, trzeba walczyć. Jedynie szkoda, że taka dupiata trafiła się akurat w ten weekend. Do gorącej, parnej aury i bardzo kiepskiego biometru dochodzi też pełnia księżyca, podczas której większość ludzi czuje się źle, jest większe rozdrażnienie i fatalne samopoczucie. Ale tak jak wspomniałem dalej będziemy walczyć, więc człapiemy. Hruba Buczyna. Ania jadła owoce lasu, ja z przodu schodzę już w kierunku Krawców Wierchu jednak robię przerwę jeszcze i czekam na Anię. Okazuje się, że Ania nie idzie sama, kto mógł dogonić? Ktoś szybki, więc Andrzej z Grześkiem lub Dominik to mogą być albo ktoś jeszcze inny. No i mamy Dominika. 🙂 Ten, który chciał to rzucić, odpuścić całkiem i wrócić z Korbielowa do domu! Nie robił długiej przerwy na Miziowej i tym bardziej po drodze, w tym na Pilsku. Równo trzymał szybkie tempo i jest. Jest dalej w grze! 🙂

Fot. 18. Hala na Krawców Wierchu z widokiem na naszą dalszą trasę.

Fot. 19. Tuż pod Schroniskiem na Krawców Wierchu. W tle Wielka i Mała Rycerzowa oraz po lewej Świtkowa.

Docieramy na Krawców. Tam Zacni wyrypowicze, dziadek wraz z wnukiem z Romanki i Miziowej. Dosiadamy się rozmawiamy, słuchamy opowieści z zagranicy najstarszego w towarzystwie. Jemy podwójna jajecznicę i pijemy piwo dla smaku na dwoje, troje. Kawa też musi być a jakże! – tutaj niema mowy o odmawianiu sobie. Korzystać! – potem nie będzie. 🙂

Idziemy na dwór żeby dopełnić to wszystko drzemką, może ona skasuje na dobre ten dziwny rozlazły stan. Ale… drzemka się przeciąga do dobrej godziny nawet dłużej. Co to się z nami dzieje? Ania oświadcza po przeglądnięciu prognozy, że jednak nie będzie szła dalej teraz bo burza złapie nas wg prognoz jeszcze na odcinku Oszastowym przed Rycerzową. Zostanie aż do późnego popołudnia jak będzie już po burzach i wtedy będzie nadrabiać cały dystans na szybko.

W międzyczasie dotarli tez Andrzej i Grzesiek. Robimy wspólne zdjęcia i rozważamy co dalej, tzn. zdanie mamy tylko jedno odnośnie realiów z pogodą, siłami i tym wszystkim. Chłopaki potwierdzają – odcina nam wszystkim prąd, odcina zapał, idziemy na siłę zamiast z lekkością. A obecnie już po 10 i robi się coraz większa żarówa z parówą… Co to jest? I dlaczego? Przecież to nie sam letni dzień z upałem jest przyczyną – nie wiemy, tzn. wiemy ale trudno zaakceptować to, czemu akurat teraz na naszej wyrypie tak bardzo niema siły na nic i 46 km trasy mija a my czujemy się nooo… jak po dobrych 65, 70 km? Albo i większej dawce…

Fot. 20. Podczas odpoczynku na Krawcowie. Już po drzemce.

Fot. 21. Chwila na uwiecznianie się na zdjęciach.

Fot. 22. Opuszczając Krawców Wierch.

Czas mimo wszystko ruszać. Ania oświadczyła ostatecznie, że zostaje na Krawcowie i ruszy, gdy sytuacja z burzami się rozwiąże. Czyli popołudniem lub nawet wieczorem.

Ruszamy z Dominikiem jakiś kwadrans po Andrzeju i Grześku. Nieco wypoczęci, można maszerować. Nie mija pół godziny i jesteśmy na przełęczy Glinka. Stąd dalej wzdłuż granicy przez rozjeżdżone błoto po zrywce drzew, która nawet właśnie się odbywała. Słońce grzeje już bardzo mocno, temperatura bardzo wysoka jak na góry, maszerujemy mało uczęszczanym szlakiem granicznym w kierunku Jaworzyny, Oszusta, (Oszastu – jak lubię mówić, bo tak zwie się rezerwat na szczycie góry) Jest tam wiele bardzo dzikich miejsc z niemal naturalną, pierwotną puszczą karpacką. Doszliśmy w końcu w miejsce, gdzie oznaczony jest po słowacku szczyt Jaworzyna.

W żarze słońca i duchocie robimy przerwę siadając na jeszcze lekko wilgotnym mchu i trawie. Zaglądam do stóp, na których zaczęły rosnąć bąble. Bąble…! a to dopiero 50 kilka km. Kiedy ja miałem bąble na 50 kilometrze?? Czy to przez upał? Przez buty biegowe trailowe, w których chodzę i biegam po górach? Rok temu porzuciłem niskie trekingi na rzecz biegowych butów i od tej pory nie mam problemów z odgniataniem i zapaleniem ścięgien stawu skokowego w kostkach, które to ostatni raz przydarzyło mi się na poprzedniej wyrypie i skutecznie mnie z niej wyeliminowało. Jednak czyżby buty były za miękkie na taki dystans i podłoże? Chyba jednak nie, bo już nieraz się sprawdziły na takich dystansach jaki osiągnęliśmy w tym momencie i pozostaje, że winny jest głównie upał. Co będzie dalej? Cholera, kto to wie, na pewno szykuje się ostra walka psychiczna i fizyczna i to właśnie dodatkowo z bolącymi stopami od bąbli, co chyba bardziej mnie wnerwia niż nawet boli puki co, a w efekcie krzywi i paraliżuje chód, stawiane kroki, patrząc dalej męczy mięśnie i zabiera siły. W ultra dystansach jak w przyrodzie – nic nie ginie… W każdym razie nadszedł ten moment, w którym można już całkowicie zapomnieć o bieganiu a nawet truchtaniu. Niestety to koniec pewnego etapu.

Minęła chwila, patrzymy z Dominikiem a tu zza świerków wyłaniają się Andrzej z Grześkiem!? Jakto? Przecież byli przed nami i jeszcze ich nie dogoniliśmy… Jak widać na wyrypie nie można być niczego do końca pewnym. Zamieniamy ze dwa zdania, z których jedno brzmiało z ust Andrzeja “Aaa… nawet mi nie mów” 😛 Gdyż pytaliśmy czy pobłądzili, co się stało? Zgubili więc szlak gdzieś w rejonie Przełęczy Glinki i cóż trzeba cisnąć dalej. Również się zbieramy nieco posileni przekąską a przed nami trochę w dół trochę po płaskim trochę w górę po czym bardzo w górę. 🙂 Taaak… Oszast wita!

Fot. 23. Stromy odcinek zejścia z Jaworzyny.

Please Login to comment
avatar
  Subscribe  
Powiadom o