Wspomnienia z Wyrypy Beskidzkiej lipiec 2018 cz.2/2

Na podejściu pod grań Oszusta, obok lichego zamulonego źródełka robimy przerwę techniczną. Myję zimną woda nogi i zakładam pod pierwsze skarpety drugie cieńsze kompresyjne, które za zadanie miały trzymać, upinać stopę i skórę by nie ocierała nadmiernie a za to by skarpety tarły o siebie nawzajem , w efekcie by bąble nie rosły. Do tego zakładam opaski kompresyjne na łydki. Może za późno te zabiegi? Na postoju dołączył do nas wyrypowicz Grzesiek (też Grzesiek), z którym mijaliśmy się już wcześniej. Jemu niestety zabrakło wody jednak miał ze sobą filtr do uzdatniania wody. Nabrał i przefiltrował z zamulonego źródełka po czym degustowaliśmy wodę, która wcale nie była zła. 🙂 Tak więc sprzęt noszony nie raz może się przydać. Ja w razie potrzeby w zaopatrzeniu miałem tabletki do odkażania wody a filtrować z osadów musiałbym przez materiał. Jednak nie było do tej pory takiej konieczności jeszcze trochę zapasu było. Zawsze staram się szacować ilość wody i dobierać na konkretne odcinki trasy. Idziemy wspinamy się w górę a zastosowane zabiegi z nogami okazały się dobrym rozwiązaniem, mimo większej ilości materiału na stopie nogi były świeższe. Opaski kompresyjne i podwójna skarpetki działały. Kończy się podejście, jeszcze dłuższa prosta, kawałek kolejnego i szczyt szczytów króla beskidzkiej dziczy – Oszastu. 🙂

Fot. 24. Na szczycie Oszusta – Oszastu. Po prawej Grzesiek towarzyszący nam na Wyrypie.
Fot. 25. Zasłużona przerwa na Oszaście oraz niewidoczne na zdjęciach zmęczenie.

Robimy jeszcze jedną krótka przerwę na szczycie i dogania nas Grzesiek. Posilamy się robimy zdjęcie, chwila odpoczynku i w drogę, od razu w dół na ścianę zejściową. Schodzimy, 150 lub nawet łącznie prawie 300 m stromizny oszastowej, 35 do nawet miejscami 45 stopni nachylenia z przeschniętym na szczęście błotem i luźną ściółką. Ooooj gdyby tak popadało i glina rozmokła 🙂 – przerabialiśmy to tutaj już nieraz na innych wyrypach i wyjazdach. Jazda na całego! Nie polecam przeżyć. Oszast i Świtkowa, która dopiero przed nami – największe nachylenia bez stopni skalnych i trawersującego szlaku w całych Beskidach. Trzeba samemu szukać skosów do wejścia lub zejścia, chwytać się drzew albo wbijać porządnie buty w błoto i ściółkę by zrobić krok.

Fot. 26. Zejście ze szczytu Oszusta w stronę zachodnią – strome i długie, czego zdjęcie nie oddaje nawet w połowie.

Oszast za nami, przed nami grzbiety to w górę, to w dół, przez Pański Kamień – na którym krótka pauza, Beskid Bednarów, Talapków i mamy już trochę po godzinie 15. Wcześniej dostaję wieść smsem od Izy. Ukończyła wraz z Grześkiem Wyrypę 50 km około 14 lub wcześniej w bardzo dobrym czasie, teraz odpoczywają leżąc w trawie. 🙂 Gratulując Izie i Grześkowi podaję nasza i Ani pozycję. Lecimy grzbietem granicznym. Około 15.30 łapie nas deszcz przed Świtkową. Kilka grzmotów, 15, 20 min deszczu i generalnie po burzy. Docieramy akurat do Świtkowej i na całe szczęście woda tak szybko odparowała, że zejście z nachyleniem, choć krótsze to w jednym miejscu jeszcze stromsze niż na Oszaście – ma prawie albo nawet równe 50 stopni nachylenia. Nie % a stopni – ściana! Kosztowało nas to sporo energii i odetchnęliśmy dopiero na dole. Jednak jak się okazało później nie aż tyle sił i nerwów co Anię, która w niedzielę opowiedziała nam jak to zjeżdżała po Świtkowej na szczęście nogami w przód. Idziemy dalej szlakiem żółtym na Rycerzową podjadając maliny po drodze. Około godziny 16, trochę jakby chłodniej w lesie po opadzie, jednak nie zmienia to nic jak chodzi o biometr – nie ma energii, człowiek jest flakiem, oddycha się ciężko, coraz mniej sił.

Fot. 27. Widok ze Świtkowej na Słowację po przejściu krótkiej burzy.
Fot. 28. Na Hali Rycerzowej pod Bacówką PTTK. Dominik i Grzesiek – kompan Andrzeja.

Podchodzimy już na halę mając 67 kilometr wyrypy za sobą. Dopadają mnie myśli – wleczemy się teraz, tracimy cały wypracowany wcześniej czas, przewagę nad łącznymi czasami przejścia z map, znowu trzeba będzie zrobić dłuższą przerwę i zjeść coś konkretnego. Przynajmniej warto by było. Przysiadam na trawie na szlaku na minutę dwie idąc z tyłu za Dominikiem i myślę… k… nie tak to miało wyglądać. Nie taaak!… Dwa lata temu dociągnąłem i ukończyłem taką straszną, zimną i deszczową wyrypę z kontuzją, bólem pod kolanem, wlokąc nogę przez 60 km, ale wyrypa 109.5 km wywalczona, wręcz wyszarpana. W zeszłym roku po ulewach i burzach idąc po błotach, kałużach w niskich butach trekingowych z do połowy lub ponad połowę wytartym bieżnikiem ślizgając się tak przez Rycerzową, Oszastowe krainy stromizn i gliniastego błocka, tak samo wzdłuż granicy i dalej przez Krawców, Trzy Kopce, musiałem zrezygnować z wyrypy na 42 km na Cudzichowej – już nie dało się iść! Ból i zapalenie ścięgna kostki. Tego nie mogłem ciągnąć przez resztę trasy. Zrobiłem 60 km łącznie licząc z powrotem. Teraz, gdy mam wypracowaną formę, teoretycznie wszystko powinno układać się wg planu. Jednak plan się wali… i wszystko stara się być przeciwko tobie, bąble pozwalają tylko chodzić, brak energii przez tą pogodę i temperaturę powodują totalne rozwalenie fizyczne i psychiczne. Co zrobić? jak tu coś zmienić? Choć się sprężasz i motywujesz jak nigdy nie idzie po prostu nie idzie… i dupa blada! Jak tak dalej męczyć ten dystans? wiedząc też że się nawet najpewniej nie ukończy zakładanego planu minimum (mniej niż 36h 53min). Z dziurą w głowie, rozgoryczeniem, wnerwieniem wchodzę za Dominikiem na górę pod Bacówkę.

A może powinno się odnaleźć jakieś pozytywy w tym wszystkim?… – gdzieś między negatywnymi odczuciami pojawiła się taka myśl. Brak kontuzji tym razem oraz to, że można dalej iść?

Na Hali Rycerzowej zaczynamy kluczową przerwę dłuższą i zapominam na jakiś czas o problemie. Jest Andrzej i Grzesiek, którzy nie tak dawno dotarli, obieramy razem stolik w jadalni i przygotowujemy napoje w tym kawę, zamawiamy jedzenie dokładniej żurek. Jak pamiętam prawie wszyscy żurek a jeden z chłopaków się wyłamał i wziął pomidorową. 🙂 Żurek dobry i pożywny, nieoszukany. Kuchnia na Rycerzowej jak i na Krawcowie pierwsza klasa. 🙂 W międzyczasie dociera do nas drugi Grzesiek. Wracają siły te fizyczne i co najważniejsze psychiczne. Wymieniamy plany i założenia. Z Dominikiem zakładamy jakiś odpoczynek po jedzeniu. Andrzej z Grześkiem mówią, że nawet – chyba po 20 lub najpóźniej 21 zakładają wyjście. My z Dominikiem 20 po 20. Było już po 18, a o 18 Ania napisała nam że rusza w dalszą część wyrypy z Krawcowa po burzy, w Oszastową krainę wiecznego błota. 🙂 Dopytywała czy robimy setkę czy 150. Hmm… jak by to powiedzieć…, nie widziałem już żadnej szansy na to, żeby wziąć udział w ultra Wyrypie 150 i decyzja podjęła się sama dużo wcześniej niż dotarliśmy tu na Rycerzową. Przed odpoczynkiem dołożyliśmy jeszcze umycie się pod prysznicem. Całkowite odświeżenie jak by nie było zawsze powinno pomóc i zregenerować organizm. W kolejce do prysznica rozmawiam z dziewczynami, które zostają na noc w Bacówce i opowiadam o wyrypie. Wyrażają podziw ale łapią się za głowę, gdy mówię, co już za nami i co dopiero przed nami, tym samym trzymając za nas kciuki.

Fot. 29. Drzemka przedwieczorna przed Bacówką.

Po prysznicach wszyscy w pięciu obieramy legowiska na dworze czy to na ławach czy na trawie.

Wieczorna pora przynosiła powoli odpoczynek od temperatur. Drzemaliśmy, jednak była to drzemka rwana w moim wykonaniu bo jakoś tak może przez myślenie o trasie, może przez obecność ludzi, odgłosy rozmów, nie dało się czysto zasnąć. Jednak cośtam pospało się. Czas się szykować wypić jeszcze kawę coś przekąsić jako kolacja i ruszamy. Andrzej z Grześkiem ruszyli wcześniej niż zakładali bo chwilę przed 20. Ja z Dominikiem goniąc Drugiego Grześka po 20. Weszliśmy na szczyt Rycerzowej… nooo wreszcie znów można się poruszać bez umierania. 🙂 Odpoczynek i temperatura pi x drzwi 17 lub max 20 stopni – można żyć. Ale co to za życie, jak stopy z bąblami już się nie naprawią. Jednak było wyraźnie lepiej i można było rozwinąć marszem jakąś prędkość. Maszerujemy równo i na Przegibku doganiamy i wyprzedzamy Grześka. Etap Przegibek Wielka Racza – to wejście, to zejście, to las, to jakiś nocny widok, odcinek nie najgorszy, mimo, że okazało się że w tym rejonie przeszła większa burza wcześniej i jest rozmoknięte. Trudno się mówi człapiemy to po kamieniach to po gliniastym błocie wąską ścieżką szlaku. Tak leci nam czas na mijaniu znajomych miejsc nocną porą tyle że w odwrotnej kolejności niż zazwyczaj wiele razy się szło. To jakiś strumyk, to rezerwat Śrubita, to polana. Po drodze robimy z 10 min przerwy na przekąszenie, komunikacje z Anią i dogania nas wtedy Grzesiek. Dalej idziemy mniej więcej razem. Ania o 22.30 pisze, że jest już na Rycerzowej i dopytuje nas o pozycję, meldujemy że przed połową odcinka z Przegibka do Raczy. Nadchodzi niestety moment gdzie wszyscy czujemy zmęczenie i senność – ponownie. Można by rzec w realiach ultra dystansowych większe zmęczenie lub bardziej upierdliwe gdyż zmęczenie to pewien standard bytu. 🙂 Wszyscy zmęczeni i coraz bardziej ślamazarni, jednak Dominika łapie atak senności, taki jaki, nieraz go trapił na wyrypie czyli ścinający z nóg i zamykający żywcem powieki. Jak się niedługo po tym okaże nie tylko Dominika dopadnie… Robimy postój na kwadrans z drzemką lub przekąską co kto woli. Czas jednak ruszać, bo w perspektywie i również coraz bardziej nieustannie w myślach będzie przerwa dłuższa na Wielkiej Raczy (na 81 kilometrze). Zanim jednak docieramy na Raczę przechodzimy przez dwie a nawet trzy hale. Z pierwszej oddalonej o około 40, 50 min drogi na szczyt widzimy jakieś światło wspinające się ku wierzchołkowi od razu pomyślałem i mówię Dominikowi patrz, tam to będą Andrzej i Grzesiek. Z powyrypowej weryfikacji zdarzeń wyszło, że tak właśnie było. Na ostatnich podejściach za Halą pod Raczą już nie można było się doczekać szczytu i nawet mózg, i myśli skłaniały się już (albo nadal) ku odpoczynkowi. Wreszcie docieramy ciężko człapiąc pod schronisko.

Fot. 30, 31. W środku drugiej nocy na Wielkiej Raczy.

W środku słychać jeszcze jakieś rozmowy. Widać ktoś siedzi, imprezuje. Wstępnie myślimy o rozłożeniu się na zewnątrz jednak trochę powiewa wiaterkiem i nas mokrych chłodzi – oj jak tego brakowało w dzień… Wchodzimy więc do środka nasłuchując co się dzieje.

W środku w jadalni jedynie siedzi dwóch gości i kobieta popijając resztę “małego conieco”. Wołamy cześć! Jakoś odpowiadają i pytają bodajże czy Wyrypa. Odpowiadamy ze Wyrypa a jakże. Jednak jeden z nich od razu odburknął do nas odzywką, chamskim pół żartem cwaniaka – według niego widocznie żartem. – „To Jak nie macie alkoholu możecie Wypierdalać”! Od razu odpowiadam nie zastanawiając się coś w stylu – Ale kulturalnie chamie proszę!!! Grzesiek lub Dominik dodali coś od siebie jeszcze. Na co starszy z babką odpowiadają – Niesłuchajcie… Możecie siadać, odpocząć, tam jest na dole łazienka, czy coś w ten deseń. Na to my nie mówimy nic więcej jak coś ala – damy sobie radę!, myśląc – a ugryźcie się wszyscy w dupę! Zastanawiając się gdzie się ułożyć bo na pewno nie w środku w jadalni, patrzymy na korytarz zewnętrzny z werandą gdzie śpi już dwóch wyrypowiczów, stwierdzamy że najlepiej i najciszej do drzemki będzie na dworze. Obieramy ławy od strony szczytu pod skarpą i wierzbą gdzie nie zawiewa, posilamy się nieco i rozkładamy do odpoczynku. Nie mogąc wyjść z szoku po nietypowym powitaniu rozwijamy temat. Mówię a wiecie kto to był? bo ja jestem przekonany, że ta menda to pracownik schroniska bo tak mi świta, że kojarzę go z trochę mniej chamskiego ale wrednego powitania w nocy na wyrypie 2016 (gdzie były pretensje że w ogóle raczyliśmy sie w schronisku nocą zatrzymać, zrobić przerwę i drzemkę) a pozostałych dwoje to prawdopodobnie nawet właściciel, dzierżawca czy też kierownik ze swoją kobitą, bo też coś mi się przypomina że ich kojarzę. Zresztą polecali się rozgościć korzystać z łazienki, więc to by potwierdzało założenia.

Na dworze jest dość rześko pewnie około 13 do 15 stopni dlatego od razu ubrałem bluzę i przykryłem się kurtką przeciwdeszczową. Nastawiliśmy budziki na za jakieś 45, 50 min. Drzemka trwa, jednak to trochę mało jak na nasze realia. Budzimy się po godzinie lub godzinie z hakiem. Jak to po drzemce choć niema jakiegoś wygwizdowia to jest nam zimnawo od braku sił i od bezruchu. Ktoś z nas proponuje żeby jednak się przenieść do środka na jakiś czas i coś przekąsić. Tak też robimy tym bardziej, że w środku już pusto – chamstwo się już nasiedzieli. Ciepło w schronisku kusi nas do kontynuowania drzemki, co jest silniejsze od nas i naszej świadomości o konieczności brnięcia dalej w trasę. Dokładamy kolejne 45 min do godziny snu. Niezaspokojony tym, co dały obie drzemki postanawiam się ruszyć trochę wnerwiony i budzę Dominika a następnie budzimy Grześka najwyraźniej z głębszego snu. Przekąszamy coś przed wyjściem na zewnątrz i żegnamy “jakże przyjazne wyrypowiczom” schronisko na Wielkiej Raczy. Okropnie ciężko po odpoczynku rozchodzić zastałe mięśnie, nogi całe a najgorzej sprawić aby obolałe zbąblone stopy się też dostosowały. Mimo gimnastyki idzie się jak z kołkami zamiast nóg. Tak mija pierwsze 5, 10 minut. Schodzimy żółtym szlakiem do Rycerki. Niebo robi się coraz jaśniejsze od brzasku, piękny widok. Mamy czas już około godziny 4, mija może ponad 20 minut od wyruszenia a mnie dopada coś czego się nie spodziewałem i nie miałem jeszcze nigdy tak mocno na wyrypie. Taka senność…, że wręcz mimo skupiania wzroku na czymś na siłę oczy żywcem odpływają i się zamykają – robią takiego kręćka z pływającym obrazem i muszę je zamknąć zacisnąć choćby na chwilę. Prawdziwe odcięcie zasilania – coś niemożliwego, – aparat wzroku wysiada już! Robimy na szlaku 3 lub 5 minutowy odpoczynek na zamknięcie oczu. Na dole w Rycerce i już na szlaku podejściowym pod Przegibek dwie kolejne. Noc i poranek drugiej nocy to najczęściej najgorszy, najbardziej upierdliwy moment na wyrypie, ale że będzie aż tak? Ty chcesz jedno a organizm robi za ciebie swoje. Mam nadzieję, że z biegiem dnia a nawet poranka się to skończy.

Niestety już jest pewne, że w tym roku mimo właściwego przygotowania również nie będzie mi dane skończyć wyrypy w 30 – 34 godziny. Wg pierwotnego założenia o tej porze bym kończył lub był temu bliski. Wniosek taki, że byłby to większy wysiłek, bo w krótszym czasie człowiek jest poddawany dużemu obciążeniu, ale za to można by było uniknąć tej najgorszej pory świtowo porannej po drugiej nieprzespanej nocy. Czyli masz wydolność, wytrenowanie – leć ukończ w krótszym czasie. Może okazać się to bardziej opłacalne niż rozciąganie tej agonii w znacznie dłuższym czasie. Czyli inaczej mówiąc czas też działa na niekorzyść im później w trakcie trwania wyrypy tym strata sił i sprawność organizmu niższa. Łatwo się mówi – pierw trzeba by mieć do tego stopy sprawne a po drugie wygrywać ze snem i potwornym zmęczeniem wcześniej na prawie całej trasie zwłaszcza w tą pogodę. Tym razem nie dało się tak i wiedziałem o tym, już na półmetku albo nawet przed Krawcowem. Jednego tylko byłem pewien już wtedy i było to niepodważalne! – ukończę, ukończymy tą wyrypę. To nie kwestia wiary – to pewnik!

Fot. 32. Brzask podczas zejścia z Wielkiej Raczy.

Tylko “ukończę tą wyrypę i co?” – jak rzekła Ania na Krawcowie (w kontekście konieczności długiej przerwy na Krawcowie i strat czasowych co przełoży się na ukończenie ale w dużo dłuższym czasie niż założony) gdyż jej lęk przed burzami i konieczność pauzowania wiele godzin zabrała możliwość ukończenia setki w bardzo dobrym dla niej czasie lub nawet podjęcia walki o 150km. Po części też mogę tak stwierdzić bo gdyby nie walka z chodem z bąblami i niespotykaną dotąd u mnie na wyrypach ogromną sennością, to było by znacznie lepiej – tak jak miało być w założeniu. Pomijając już ten nienaturalny brak energii spowodowany pogodą, który towarzyszył większości z nas czy też wszystkim wyrypowiczom. Sportowa złość, nic dodać nic ująć. Jeśli wiesz, że stać cię na 100% i na dany rezultat to gdy osiągasz tylko jakieś 60, 70% i jeszcze wiesz że nie do końca z własnej winy, to właśnie tak jest – złość…

Byłem jednak za dwie rzeczy wdzięczny losowi – że nie złapałem do tej pory żadnej mechanicznej kontuzji jak w poprzednich dwóch latach i że ciągle idę… Szczerze równolegle do złości byłem wdzięczny i zadowolony z tego. Tym samym w głębi duszy, że wszystko wskazuje na to że ukończymy dystans.

Brniemy w górę na Przegibek stokiem Bendoszki już od jakiegoś czasu w świetle dnia, aż w końcu docieramy o 6:20 pod schronisko. W tym samym czasie Andrzej i Grzesiek zeszli z Przegibka w dół i idą właśnie przez Rycerki a następnie w kierunku Mładej Hory. Pod schroniskiem obieramy ławy na zewnątrz, sił nadal niema. Zanim jednak pogrążymy się jeszcze raz w upragnionej drzemce (trochę to staje się monotonne ale ssał nas sen jak cholera nigdy wcześniej) napełniam kamelbak i coś przekąszam. Kolejna godzina odpoczynku za nami. Pojawili się tez ludzie i w tym wyrypowicze. Zamawiamy jajecznicę w otwartym już bufecie. Ania pisze, że właśnie jest na Wielkiej Raczy i również zamawia jajecznicę. 🙂

Fot. 33. Poranek pod Schroniskiem na Przegibku.
Fot. 34. Po drzemce i śniadaniu.

Po całym tym nabieraniu sił ruszamy mając godzinę 9:25. Szacuję, że dojście do mety zajmie nam jeszcze około 5 godzin lub trochę ponad. Rozważając m. in. przebiegi szlaku zielonego na mapach a były różnie prowadzone, najwyraźniej zależnie od wersji mapy, zeszliśmy do Rycerek szybko pokonując przysiółek, w pełni będąc już rozkręconym mięśniowo. Trochę sił też wróciło i można się poruszać, nawet senność niemal na dobre nareszcie zniknęła. Mocna senność w nocy, przed świtem i do wczesnego rana jak i mocne jak na ten etap wyrypy rozbudzenie i odzyskanie sił. Ależ mamy skrajności w tym roku. Włazimy niebieskim pod kolejną wieś Mładą Horę, pokonując na początku strome kamieniste podejście jednym ciągiem. Zakładałem wcześniej, że około Mładej Ania nas powinna dogonić. Jednak idziemy dość sprawnie, więc pewnie spotkamy się później. Z Mładej Hory w dół do kolejnej dolinki, obok pojedynczych zabudowań przez strumyk, w którym zażywamy kąpieli od pasa w górę. Nie zatrzymując się na długo idziemy w kierunku Przełęczy Kotarz. Przydało by się jednak na ostatni odcinek wyrypy uzupełnić wodę i obieramy przyszlakowy strumyk, który jest bardziej pewny co do czystości niż strumyk w dole bo niema nad nim zabudowań.

Nie mija kwadrans i zrobiliśmy Przełęcz Kotarz. Postanawiam też, teraz na koniec jak da się już iść (o ile można to tak nazwać), jest jakaś tam siła, że przejdę chociaż pod Muńcół tak sprawnie jak powinno to wyglądać. Nie zatrzymując się na przełęczy jednym tempem zabrałem się za wspinaczkę pod najbardziej strome podejście. Dominik został trochę z tyłu jednak postanowił tak samo jak ja i za podejściem mnie dogonił. Grzesiek został z tyłu za nami. Po głównym jak i mniejszych podejściach jesteśmy na Hali pod Muńcołem. Zostało jeszcze 5 min na górę do szczytu. Na Muńcole uwieczniamy się na zdjęciach, po czym “rzucamy” się do zejścia.

Fot. 35. Hala na Muńcole.
Fot. 36. Na szczycie Muńcoła.
Fot. 37. Hala na Muńcole.

Idąc tak przez Halę i dalej ciągle w dół, myślę sobie że – tak!, w tym miejscu powinno się jeszcze najlepiej trochę pobiec resztkami sił. Przy założeniach że było by to możliwe. Siły by się znalazły o dziwo – to magia? Jednak jedyne co możemy to sobie porozmawiać to o bieganiu to o trenowaniu bo realia są inne. Pilnuję każdego kroku zwłaszcza na zejściu by nie naciskać bolącymi częściami stóp na kamienie i nie rozwalić bąbli.

Docieramy tak aż do bardziej stromego zejścia ostatniego odcinka Muńcołowego szlaku, gdzie dołączył do nas pies, który szedł wcześniej ze spacerującym szlakiem panią i panem. Towarzyszy nam w zejściu w tym upale ciągle ziajając. Trochę plątał mi się pod nogami gdyż jakby co chwilę sprawdzał czy idziemy. Postanowiliśmy zrobić przerwę na przekąszenie i napojenie, zjadam ostatnie pieczywo chrupkie czyli końcówkę niesłodkich zapasów. Z butelki półlitrowej napoiłem tez naszego górskiego przyjaciela podając mu nalana wodę w garści, których wypił z 4 lub 5. 🙂  Minęło parę minut odpoczynku i kogoś słyszymy, jest – wyskakuje zza świerka – Ania! 🙂 Widzimy się po całej dobie przerwy. 🙂 Po pewnym czasie dołącza też Grzesiek. Po chwili ruszamy, czworo pancernych wyrypowiczów i pies. 🙂 Ania opowiada o tym ile musiała czekać wczoraj do późnego popołudnia na przejście burzy, że też spała i też miała wiele godzin przerw i na Krawcowie, i na Rycerzowej oraz jak przeklinała na Świtkową gdzie poślizgnęła się i zjechała ze stromizny. Docierając do Ujsołów myślimy czy będzie otwarty sklep. Postanowiliśmy sprawdzić idąc w tym upale, który nad betonem i asfaltem liczył chyba ze 40 stopni w cieniu. Sklepy były otwarte nawet dwa, obraliśmy większy. Zakupione owoce, pomidor, izotonik i co najważniejsze piwo. 🙂 Chciało by się wypić piwo ale rozsądek podpowiada że najpierw izotonik i jabłko, jony i witaminy a piwo niech dotrwa do mety.

Fot. 38. W Ujsołach przed ostatnim odcinkiem trasy.

Zbieramy się do ostatniego odcinka, który jest już wyrypową formalnością. Mamy godzinę 14.00. Ruszyłem przodem nie planująć zatrzymania by w tym upale ogromnym przejść sprawnie łąkowy odcinek. Tak się udało zrobić. Reszta dogoniła mnie prawie pod lasem, niestety pękł mi jeden z dużych bąbli i musiałem iść jeszcze wolniej zaciskając zęby. Tak jakoś przeczuwałem, że tak się stanie, jednak to już tylko końcówka trasy, wszystko pod kontrolą. Tworzyła się też niedaleko nas komórka burzowa z chmur, z czego Ania nie była zadowolona i jako że zostało nam 800 może 600 m tak naprawdę to poleciała szybciej już na metę. Został podwójny lekki zakręt w prawo, kawałek przez łąkę niedaleko zabudowań z Zagronia i Kręcichłostów, no i jest! 🙂 Łącznik szlaków – meta wg mapy i strzałkowskaz do chatki tuż za rogiem! Robimy zdjęcie i analizujemy czas gdyż przed nami całkowita formalność zejść 150 m w dół i w prawo łąką do chatki na Zagroniu.

Fot. 39. Rozejście szlaków na Kręcichłostach i 150 m do mety.

Schodzimy, liczymy czas, mamy 14:43 czyli 42 godziny 25 minut od naszego startu od 20:18 w piątek. Udało się, udało się ukończyć letnią Wyrypę Beskidzką 105 km! Udaje mi się to po raz trzeci. 🙂 Już nieważne w jakim czasie bo było wiadome od dawna, że będzie się walczyło długo. Nie czas w tej chwili na zamartwianie się tym. Ważne, że tak jak byłem pewien tak się stało. Nie było innego rozwiązania, zwłaszcza przy tak dużym limicie czasu. O całej sportowej złości nie ma co w tym momencie wspominać bo była, jest ciągle i będzie ale na razie gdzieś schowana. O niej już było mówione wiele. Byliśmy w grupie i była fajna atmosfera. Pod chatką na łące właściciel terenu robi sianokosy. W chatce oprócz Andrzeja i Grześka może dwóch trzech wyrypowiczów się krząta lub odpoczywa. Z jednym z nich rozkładając swoje rzeczy obgadujemy co na tej naszej wyrypie w tym roku się działo. 🙂 Jaką to lekcję pokory dał upał i całokształt pogody. Ania doleciała chwilę temu, Grzesiek już posilony i trochę wypoczęty wymieniamy spostrzeżenia i podsumowanie wyczynów. Drugi Grzesiek nasz towarzysz w drugiej połowie trasy dochodzi za nami. Brakuje jednak Andrzeja – Andrzej poszedł spać. Taaak, można było korzystać do woli z poddasza i materacy. Andrzej i Grzesiek ukończyli wyrypę przed trzema godzinami w 39 godzin i 15 minut – gratulacje wielkie! bo to bardzo dobry czas. 🙂 W środku gospodynie Gosia i Agnieszka z SKPB częstują nas już arbuzami na początek a lada chwila dostaniemy wyrypowe danie czyli żurek na bogato. 🙂 Żurek naprawdę wyborny i sycący, niemal w formie dania nie zupy. 15, 20 minut i posileni. Wcześniej jeszcze otwarliśmy z Anią po piwie i ku naszemu zdziwieniu mój żywiec okazał się żywcem ale bezalkoholowym. 😛 My w śmiech, po czym mówię cholera… na wyrypie po takim zmęczeniu to nawet musimy się sprawdzać z zakupami nawzajem albo samych do kasy nie puszczać bo głupot się narobi. 🙂 Na szczęście drugie piwo było już normalnym żywcem. Stały obok siebie zgarnąłem i niezauważyłem – zmęczenie, śnięcie, wyrypa w końcu. Ale bezalkoholowy tez smakował. 🙂

Wspominamy, omawiamy zdarzenia, kto gdzie był, o której godzinie, co, w jakim czasie, w jakich miejscach, i jak to bardzo wszystkim nam się chciało spać i wlekliśmy się w tym upale walcząc o każdy krok. Szczerze mówiąc to w niedziele drugiego dnia (oprócz bólu bąbli i uważania na każdy krok) nawet szło się lepiej, czy to na podejściu czy zejściu, i upał, choć był chyba ciut większy to mniej człowiekowi dowalał. Może też kwestia odpoczynków nocno porannych? Mniej kilometrów pokonanych w danym przedziale czasu, mniejsza wilgotność? Może biometr się polepszył? Nie wiadomo, albo też kilka czynników sie na to złożyło.

W międzyczasie tak jak Ania postanowiłem skorzystać z drewnianego prysznica na podwórku przed chatką. Prysznic z kabiną z desek i z solarnym podgrzewaniem wody. Działał i miał zagrzaną wodę. Jednak co nie dziwiło mnie w ogóle, to, to że na bosaka poruszałem się z prędkością chyba mniejsza niż kilometr na godzinę, idąc z tymi bąblami jak po igłach. Odpoczywamy jeszcze, obgadujemy, szacujemy, kto, którym pociągiem wraca gdyż jeśli jesteśmy nad Rajczą to “wartało by” zrobić tradycyjne już wspólne wyrypowe wyjście na piwo bądź też pizze w Rajczy przed pójściem na pociąg. Niestety Dominik i drugi Grzesiek muszą wracać wcześniej, nie przedłużać tego wyrypowego popołudnia i wieczoru. My, reszta zgodnie popieramy tradycje i zbieramy się obliczając, że spokojnie tam posiedzimy i wrócimy pociągiem o 20. Zbieramy się więc z chatki dziękując dziewczynom z SKPB za wspaniałe ugoszczenie. 🙂

Fot. 40. Na zejściu z Chaty na Zagroniu do Rajczy.

Pozbierać się, ok dało radę, ale teraz założyć z powrotem buty i iść… to jest wyzwanie. Jakoś jednak się udało założyć, gorzej z pierwszymi krokami. Wszystko w nogach i stopach rwie i parzy na początku. Gdy ruszyliśmy z każdą minutą jakby lepiej. Spotykamy jeszcze przed zakrętem właśnie przybyłych setkowiczów i zamieniamy parę słów oraz gratulacje. Jednak zejście ścieżką w dół jest nie łatwe, choć każdy z nas jak zauważyłem waży kroki wymęczonymi nogami na zejściu. Droga szybko mija nam na pogawędce, idziemy już przez Rajczę docierając za sklepem i rondem do pizzerii. Jeszcze wszyscy w komplecie siadamy, zamawiamy co trzeba i prosimy jednego z klientów o zrobienie nam zdjęcia całej grupy.

Fot. 41. W pizzerii w Rajczy całą wyrypową ekipą setkowiczów: Andrzej, Grzesiek, Ania, ja, Dominik i drugi Grzesiek.

Zdjęcia zrobione dwoma aparatami. Dominik i drugi Grzesiek muszą zaraz uciekać zdążając zamówić coś na wynos. Dziękujemy sobie nawzajem za wspólne trudy i walkę, przyszedł i na to czas – żegnamy się. Zostajemy w czwórkę z Anią, Andrzejem i Grześkiem zaczynając obradę powyrypową przy pizzach i piwach.

Wspominamy również poprzednie lata, trudne chwile a zwłaszcza pokonywanie ich. Nie mogło zabraknąć też wspomnień z “deszczowej wyrypy wyryp” sprzed dwóch lat. Wtedy w tychże wspomnianych już wcześniej fatalnych deszczowych i paskudnie chłodnych jak na lato warunkach, czwórką tak jak tu siedzimy, byliśmy wśród łącznie dziesięciorga kończących wyrypową setkę śmiałków, na metę dotarliśmy po 40 godzinach – Andrzej i Grzesiek oraz w 40 godzin 50 min ja z Anią. Także wtedy udało się nieobecnej teraz Klaudii a w zasadzie “Ultra Klaudii”, jako jedynej osobie ukończyć pierwszą ultra wyrypę z dystansem 130 km. Nie wiemy sami a szczególnie ja za pewne do tej pory, co gorsze, czy upały z duchotą, bąblami na stopach, potwornym wycieńczeniem i odwodnieniem? Czy takie coś jak w 2016, gdzie zwijaliśmy się z zimna, od wilgoci, wiatru, wszechobecnej wody i chłodu, traciliśmy energię na ogrzanie się nawet podczas marszu, czy tak jak ja dodatkowo wlekliśmy kontuzję przez te kilkadziesiąt kilometrów. Odpowiedź jest w zasadzie jedna – żadna ze skrajnych aur nie jest sprzyjająca. Mało powiedziane sprzyjająca… Co jednak ważne, po czasie pamięta się pokonany trud, zwycięską walkę nad słabościami, jednak jest tak, że człowiek częściowo albo całkowicie zapomina o bólu, jaki mu towarzyszył. Inaczej mówiąc złe momenty nie są tak mocno zapamiętywane jak zwycięstwa nad nimi, nie materializują się w pamięci, we wspominaniu. W odróżnieniu do tych przyjemnych zapamiętanych chwil.

Wspominamy mile każdą z przygód jednak nieco tracąc już ze zmęczenia uwagę co parę minut, ale warto wspólnie siąść i w ten sposób zwieńczyć ukończoną wyrypę.

Jest jeszcze jedna ciekawa kwestia odnośnie moich udziałów w Wyrypie Beskidzkiej. Wszystkie trzy ukończone wyrypy w 2014, 2016 i 2018 roku miały metę w Chacie na Zagroniu. 🙂 Wspaniała Chatka SKPB Katowice jest dla mnie najwyraźniej szczęśliwa. 

Czas jednak dobiega nam końca i trzeba ruszyć na pociąg. Opuszczamy pizzerię w centrum Rajczy i kierujemy się na stacje PKP przez skwer i kładkę nad Sołą. Tam robimy ostatnie wspólne zdjęcia zwycięzców tegorocznej jakże, i również ciężkiej jak dwie poprzednie wyrypy. W pociągu, gdy zakupiliśmy bilety i obraliśmy miejsca, jeszcze porozmawialiśmy chwilę podsumowując przygodę, choć sen wszystkich nas tak szybko łapał, że już na dobre traciliśmy co jakiś czas świadomość i przysypialiśmy. Po pewnym czasie ni to we śnie ni to w półśnie ciągły hałas, szum w pociągu z jakiejś instalacji, klimatyzacji? Zaczął mi przeszkadzać, do tego kręciło mi się w głowie, ze zmęczenia? Przysypiając i budząc się mówię do Ani – przez ten hałas mam wrażenie jakbyśmy lecieli samolotem i ciśnienie to rosło, to spadało. 😛 W końcu na wyrypie i po niej może wydawać się, można widzieć, odczuwać wiele rzeczy, które nie są prawdziwe. Mamy w swoich wspomnieniach wiele tego przykładów.

Fot. 42. Na kładce nad Sołą przy PKP Rajcza Centrum.

Wracając do sedna sprawy… Czy ten, który ukończył przedsięwzięcie, brał udział i walczył, czy ten, który dotarł pierwszy na metę, wygrał np. zawody, czy też zajął sto któreś miejsce. Zwycięzcą jest każdy, kto walczy i się nie poddaje, mimo że finalnie nie dociera do mety oraz ten, kto się nie poddał do końca i ukończył. Wszystko to jest rzeczą indywidualną, ważną dla każdego startującego z osobna, bo wedle ducha walki sportowej każdy ze zwycięzców jest sobie równym.

Ważne jest to, że wracając jak co roku o podobnej porze tym “pociągiem wyrypowym” w atmosferze ledwo wyciśniętych resztkami woli wspomnień wyrypowych, górskich, w tym tych z ostatnich godzin i całych dwóch dni, emocji już po walce, po dystansie, albo i już nic nie myśląc w tym półagonalnym stanie, wracamy z tej fizyczno psychicznej bitwy z tarczą… a po krótszym czy dłuższym odpoczynku, kolejnego dnia podczas pracy lub obowiązków, kolejnego tygodnia, po kolejnym weekendzie i dużo później, dalej po następnych miesiącach – będziemy mieć świadomość tego, że wygraliśmy, nie poddaliśmy się, wygraliśmy bez lub mimo popełnionych błędów, wygraliśmy dla siebie to wyzwanie!

A nawet, gdy bywało odwrotnie, wiedzieliśmy, że warto próbować dalej.

Wyzwania takie jak Wyrypa Beskidzka to nie typowe zawody, to gra z samym sobą, oraz dla własnego siebie.

Please Login to comment
avatar
  Subscribe  
Powiadom o