Wspomnienia z Wyrypy Beskidzkiej lipiec 2018 cz.2

Podchodzimy już na halę, mając 67 kilometr wyrypy za sobą. Dopadają mnie myśli – wleczemy się teraz, tracimy cały wypracowany wcześniej czas, przewagę nad łącznymi czasami przejścia z map, znowu trzeba będzie zrobić przerwę dłuższą i zjeść coś konkretnego, warto by było. Przysiadam na trawie na szlaku na minutę dwie idąc z tyłu za Dominikiem i myślę… k… nie tak to miało wyglądać. Nie… taaak!… Dwa lata temu dociągnąłem i ukończyłem taką straszną zimną i deszczową wyrypę z kontuzją, bólem pod kolanem, wlokąc nogę przez 60 km, ale wyrypa 109.5 km wywalczona, wyszarpana. W zeszłym roku, po ulewach i burzach, idąc po błotach kałużach w butach niskich trekingowych z do połowy lub ponad połowę wytartym bieżnikiem ślizgając się tak przez Rycerzową, Oszastowe krainy stromizn i gliniastego błocka, tak samo wzdłuż granicy i dalej przez Krawców, Trzy Kopce, musiałem zrezygnować z wyrypy na 42 km na Cudzichowej – już nie dało się iść! – ból i zapalenie ścięgna kostki, a tego nie mogłem ciągnąć przez resztę trasy. Zrobiłem 60 km łącznie z powrotem. Teraz, gdy mam wypracowaną formę teoretycznie wszystko powinno układać się wg planu – to wszystko się wali… i jest przeciwko tobie, bąble pozwalają tylko chodzić, brak energii przez tą pogodę i temperatura powodują totalne rozwalenie fizyczne i psychiczne. Co zrobić? jak tu coś zmienić? Choć się sprężasz i motywujesz jak nigdy, nie idzie, po prostu nie idzie… i gówno! Jak tak dalej męczyć ten dystans? wiedząc też, że się nawet najpewniej nie ukończy zakładanego planu minimum (mniej niż 36h 53min). Z dziurą w głowie, wnerwieniem i nawet zrezygnowaniem wchodzę za Dominikiem na górę pod Bacówkę. Na Hali Rycerzowej zaczynamy kluczową przerwę dłuższą i zapominam na jakiś czas o problemie. Jest Andrzej i Grzesiek, którzy nie tak dawno dotarli, obieramy razem stolik w jadalni i przygotowujemy napoje, w tym kawę, zamawiamy jedzenie dokładniej żurek. Jak pamiętam, chyba wszyscy czterej żurek 🙂 A żurek dobry i pożywny, nieoszukany. Kuchnia na Rycerzowej jak i na Krawcowie pierwsza klasa 🙂 W międzyczasie dociera do nas drugi Grzesiek. Wracają siły, te fizyczne, i co najważniejsze, psychiczne. Wymieniamy plany i założenia. Z Dominikiem zakładamy jakiś odpoczynek po jedzeniu. Andrzej z Grześkiem mówią, że nawet – chyba po 20 lub najpóźniej 21 zakładają wyjście. Było już po 18, a o 18 Ania napisała nam że rusza w dalszą część wyrypy z Krawcowa po burzy w Oszastową krainę wiecznego błota. 🙂

Dopytała jeszcze, czy robimy setkę czy 150. Hmm jak by to powiedzieć… nie widziałem już żadnej szansy racjonalnej na to, żeby wziąć udział w ultra Wyrypie 150, i decyzja podjęła się sama już nawet wcześniej, niż dotarliśmy tu na Rycerzową. Przed odpoczynkiem dołożyliśmy jeszcze umycie się pod prysznicem – cośtam całkowite odświeżenie zawsze powinno pomóc i zregenerować organizm, a następnie obraliśmy wszyscy w pięciu legowiska na dworze, czy to na ławach, czy na trawie. Wieczorna pora przynosiła powoli odpoczynek od temperatur. Drzemaliśmy, jednak była to drzemka rwana w moim wykonaniu, bo jakoś tak może przez adrenalinę, może przez obecność ludzi, odgłosy rozmów, nie dało się czysto zasnąć. Jednak coś tam pospało się. Czas się szykować, wypić jeszcze kawę, coś trochę zjeść jako kolacja i ruszamy. Andrzej z Grześkiem ruszyli wcześniej niż zakładali bo przed 20 Ja z Dominikiem goniąc Drugiego Grześka po 20. Weszliśmy na szczyt Rycerzowej… nooo wreszcie znów można się poruszać bez umierania 😛 odpoczynek temperatura pi x drzwi 17 lub max 20 stopni – można żyć. Ale co to za życie, jak stopy z bąblami już się nie naprawią. Jednak było lepiej i można było rozwinąć marszem jakąś prędkość. Maszerujemy równo i na Przegibku doganiamy i wyprzedzamy Grześka. Etap Przegibek – Wielka Racza – to wejście to zejście to las to jakiś nocny widok, odcinek nie najgorszy, mimo że okazało się, iż w tym rejonie przeszła większa burza wcześniej i jest rozmoknięte. Trudno, się mówi, człapiemy to po kamieniach, to po gliniastym błocie wąską ścieżką szlaku. Mija nam czas na mijaniu znajomych miejsc nocną porą, tyle że, w odwrotnej kolejności, niż zazwyczaj się szło wiele razy. To jakiś strumyk, to rezerwat Śrubita, to polana. Po drodze robimy z 10 min przerwy na przekąszenie i dogania nas wtedy Grzesiek. Dalej idziemy mniej więcej razem. Ania o 22.30 pisze że jest już na Rycerzowej i dopytuje nas o pozycję, meldujemy że przed połową odcinka z Przegibka do Raczy. Nadchodzi niestety moment, gdzie wszyscy czujemy zmęczenie i senność – ponownie. Można by rzec w realiach ultra dystansowych większe zmęczenie lub bardziej upierdliwe, gdyż zmęczenie to pewien standard bytu. 🙂 Wszyscy zmęczeni i coraz bardziej ślamazarni, jednak Dominika łapie atak senności jakie, jak później się okaże nie tylko on miewa. Robimy postój na kwadrans z drzemką lub przekąską, co kto woli. Czas jednak ruszać, bo w perspektywie i również coraz bardziej nieustannie w myślach będzie przerwa dłuższa na Wielkiej Raczy na (81kilometrze). Zanim jednak docieramy na Raczę, przechodzimy przez dwie, a nawet trzy hale. Z pierwszej oddalonej o około 40, 50 min drogi na szczyt widzimy jakieś światło wspinające się ku wierzchołkowi – od razu pomyślałem i mówię Dominikowi: patrz tam, to będą Andrzej i Grzesiek. Z powyrypowej weryfikacji zdarzeń wyszło, że tak właśnie było. 🙂 Na ostatnich podejściach za Halą Rycerzową już nie można było się doczekać szczytu i nawet mózg, i myśli skłaniały się już (albo nadal) ku odpoczynkowi. Wreszcie docieramy ciężko człapiąc pod schronisko. W środku słychać jeszcze jakieś rozmowy. Widać, ktoś siedzi, imprezuje. Wstępnie myślimy o rozłożeniu się na zewnątrz ale trochę powiewa wiaterkiem i nas mokrych chłodzi – oj jak tego brakowało w dzień… Wchodzimy więc do środka nasłuchując, co się dzieje.

W środku w jadalni jedynie siedzi dwóch gości i kobieta popijając resztę “małego conieco”. Wołamy cześć! Jakoś odpowiadają i pytają czy Wyrypa bodajże. Odpowiadamy ze Wyrypa a jakże. Jednak młodszy z nich od razu odburknął rozwalającą nas odzywką, chamskim pół żartem cwaniaka – według niego widocznie żartem. – To Jak nie macie alkoholu możecie Wypierdalać! Od razu odpowiadam nie zastanawiając się coś w stylu – Ale kulturalnie chamie proszę!!! Grzesiek lub Dominik dodali coś od siebie jeszcze. Na co starszy z babką odpowiadają – Nie słuchajcie… Możecie siadać, odpocząć, tam jest na dole łazienka czy coś w ten deseń. Na to my nie mówimy nic więcej jak coś ala – damy sobie radę! lub w ten deseń, myśląc – a ugryźcie się wszyscy w dupę! Zastanawiając się, gdzie się ułożyć, bo na pewno nie w środku w jadalni. Patrzymy na korytarz zewnętrzny z werandą gdzie śpi już dwóch wyrypowiczów, stwierdzamy, że najlepiej i najciszej do drzemki będzie na dworze. Obieramy ławy od strony szczytu pod skarpą i wierzbą gdzie nie wieje, posilamy się nieco i rozkładamy do odpoczynku. Nie mogąc wyjść z szoku po nietypowym powitaniu, obgadujemy temat. Mówię a wiecie kto to był? bo ja jestem przekonany, że ta menda to pracownik schroniska, bo tak mi świta, że kojarzę go z trochę mniej chamskiego, ale wrednego powitania w nocy na wyrypie 2016, a pozostałych dwoje to prawdopodobnie nawet właściciel czy kierownik ze swoją kobitą, bo też coś mi się przypomina. Zresztą polecali się rozgościć korzystać z łazienki więc to by potwierdzało teorię.

Na dworze jest dość rześko – pewnie około 13 – 15 stopni, więc od razu ubrałem bluzę i przykryłem się kurtką przeciwdeszczową. Nastawiliśmy budziki za jakieś 45, 50 min. Drzemka trwa, jednak to trochę mało jak na nasze realia. Budzimy się po godzinie lub godzinie z hakiem. Jak to po drzemce choć niema jakiegoś wygwizdowa – to jest nam zimnawo od braku sił i od bezruchu. Ktoś z nas proponuje, żeby jednak się przenieść do środka na jakiś czas i coś przekąsić. Tak też robimy tym bardziej, że w środku już pusto -Chamstwo się już nasiedzieli. Ciepło w schronisku w środku kusi nas do kontynuowania drzemki, co jest silniejsze od nas i naszej świadomości o konieczności brnięcia dalej w trasę. Dokładamy więc kolejne 45 min do godziny krótkiego snu. Niezaspokojony tym, co dały obie drzemki, postanawiam się ruszyć trochę wnerwiony i budzę Dominika, a następnie budzimy Grześka, najwyraźniej z głębszego snu. Przekąszamy coś przed wyjściem na zewnątrz i żegnamy “jakże przyjazne wyrypowiczom” schronisko na Wielkiej Raczy. Okropnie ciężko po odpoczynku rozchodzić zastałe mięśnie, nogi całe i sprawić, aby obolałe zbąblone stopy się też dostosowały. Idzie się jak z kołkami zamiast nóg. Tak mija pierwsze 5, 10 minut. Schodzimy żółtym szlakiem do Rycerki. Niebo robi się coraz jaśniejsze od brzasku, piękny widok. Mamy czas już około godziny 4, mija może 20 minut od wyruszenia, a mnie dopada coś czego nie miałem jeszcze chyba nigdy tak mocno na wyrypie. Taka senność… że wręcz mimo skupiania wzroku na czymś na siłę oczy odpływają żywcem i się zamykają – robią takiego kręćka z pływającym obrazem i muszę je zamknąć zacisnąć choć na chwilę. Prawdziwe odcięcie zasilania – coś niemożliwego – poszczególne elementy organizmu odpadają już! Robimy więc na szlaku 3 lub 5 minutowy odpoczynek na zamknięcie oczu. Na dole w Rycerce i już na szlaku podejściowym pod Przegibek dwie kolejne. Noc i poranek drugiej nocy to najgorszy moment na wyrypie. Jak widać, zwłaszcza na tej jest to najbardziej upierdliwe. Ty chcesz jedno, a organizm robi za ciebie co innego. Mam nadzieję, że z biegiem dnia a nawet poranka się to skończy.

Niestety, w tym roku mimo właściwego przygotowania również nie będzie mi dane skończyć wyrypy w 30 – 34 godziny. Tak, może bym o tej porze kończył lub pewnie był temu bliski. Byłby to większy wysiłek, bo w krótszym czasie, ale też w krótszym czasie człowiek jest poddawany dużemu lub ogromnemu obciążeniu, przy czym można by było uniknąć tej najgorszej pory świtowo porannej po drugiej nieprzespanej nocy. Czyli masz wydolność, wytrenowanie – leć, ukończ w krótszym czasie. Będzie to nie tak wiele większy wysiłek dla organizmu, co rozciąganie tej agonii w czasie, inaczej mówiąc. Podsumowując, czas też działa na niekorzyść. Łatwo się mówi – pierw trzeba by mieć do tego stopy sprawne, a po drugie wygrać ze snem i potwornym zmęczeniem wcześniej na prawie całej trasie, zwłaszcza w tą dana nam pogodę. Tym razem się nie dało tak i wiedziałem o tym już na półmetku albo nawet przed Krawcowem? Jednego tylko byłem pewien już wtedy i było to niepodważalne – ukończę, ukończymy tę wyrypę. To nie kwestia wiary – to pewnik!

Tylko “ukończę tą wyrypę i co?!” – jak rzekła Ania na Krawcowie (w kontekście konieczności długiej przerwy na Krawcowie i strat czasowych, co przełoży się na ukończenie ale w dużo dłuższym czasie) gdyż jej lęk przed burzami i konieczność pauzowania przez wiele godzin zabrała możliwość ukończenia setki w bardzo dobrym dla niej czasie, lub nawet podjęcia walki o 150. Po części też mogę tak stwierdzić, bo gdyby nie walka z chodem z bąblami i niespotykaną dotąd u mnie na wyrypach ogromną sennością, to było by znacznie lepiej – tak jak miało być w założeniu. Pomijając już ten brak energii spowodowany pogodą, który towarzyszył większości z nas albo i wszystkim wyrypowiczom. Sportowa złość nic dodać nic ująć. Jeśli wiesz że stać cię na 100% i na dany rezultat, to gdy osiągasz tylko np. 60, 70% i jeszcze wiesz, że nie do końca z własnej winy to właśnie tak jest.

Byłem tylko właściwie za dwie rzeczy wdzięczny losowi – że nie złapałem do tej pory żadnej mechanicznej kontuzji jak w poprzednich dwóch latach i że ciągle idę… Szczerze byłem wdzięczny i zadowolony z tego. Tym samym, w głębi duszy że wszystko wskazuje na to że ukończymy ją mimo wszystko.

Brniemy w górę na Przegibek stokiem Bendoszki, aż w końcu docieramy o 6:20 pod schronisko. W tym czasie Andrzej i Grzesiek zeszli z Przegibka w dół i idą właśnie przez Rycerki, a następnie w kierunku Mładej Hory. Tam obieramy ławy na zewnątrz przed schroniskiem, bo sił nie ma. Zanim jednak pogrążymy się w upragnionej drzemce (trochę to staje się monotonne, ale ssał nas sen jak cholera nigdy wcześniej) napełniam kamelbak i coś przekąszam. Kolejna godzina odpoczynku za nami. Pojawili się też ludzie i w tym wyrypowicze. Zamawiamy jajecznicę w otwartym już bufecie. Ania pisze, że właśnie jest na Wielkiej Raczy i również zamawia jajecznicę. 🙂

Po całym tym nabieraniu sił ruszamy mając godzinę 9:25. Szacuję, że dojście do mety zajmie nam jeszcze około 5 godzin lub trochę ponad. Rozważając m. in. przebiegi szlaku zielonego na mapach, a były różnie prowadzone, co widać zależnie od wersji mapy, zeszliśmy do Rycerek szybko pokonując przysiółek, w pełni będąc już rozkręconym mięśniowo i ogólnie. Trochę sił wróciło i można się poruszać, nawet senność niemal na dobre zniknęła. Włazimy niebieskim pod kolejną wieś – Mładą Horę, pokonując na początku strome kamieniste podejście jednym ciągiem. Zakładałem wcześniej że około Mładej Ania nas powinna dogonić. Jednak idziemy dość sprawnie, więc pewnie spotkamy się później. Z Mładej Hory w dół do kolejnej dolinki, obok pojedynczych zabudowań przez strumyk, w którym zażywamy kąpieli od pasa w górę. Nie zatrzymując się na długo idziemy w kierunku Przełęczy Kotarz. Przydało by się jednak na ostatni odcinek Wyrypy uzupełnić wodę i obieramy przyszlakowy strumyk, który jest bardziej pewny niż strumyk w dole co do czystości, gdyż niema nad nim zabudowań. Nie mija kwadrans i zrobiliśmy Przełęcz Kotarz. Postanawiam też, że chociaż na koniec jak da się iść (o ile można to tak nazwać) jest jakaś tam siła przejdę chociaż pod Muńcół tak sprawnie, jak powinno to wyglądać. Nie zatrzymując się na przełęczy jednym tempem zabrałem się za wspinaczkę pod najbardziej strome podejście. Dominik został trochę z tyłu jednak postanowił tak samo jak ja i mnie dogonił. Grzesiek został z tyłu za nami. Po większym i mniejszych podejściach jesteśmy na Hali pod Muńcołem. Zostało jeszcze 5 min na górę. Na Muńcole uwieczniamy nasz wyrypowy pobyt po czym “rzucamy” się do zejścia. Idąc tak przez Halę i dalej ciągle w dół myślę sobie, że tak – tutaj powinno się jeszcze najlepiej trochę pobiec resztami sił. Przy założeniach, że było by to możliwe. Siły by się znalazły o dziwo. Jedyne, co możemy, to sobie porozmawiać trochę o bieganiu, trochę o trenowaniu, bo realia są inne. Pilnuję każdego kroku, by nie naciskać bolącymi częściami stóp na kamienie i nie rozwalić bąbli.

Docieramy tak aż do bardziej stromego zejścia ostatniego odcinka Muńcołowego szlaku, gdzie dołączył do nas pies, który szedł wcześniej ze spacerującym szlakiem panią i panem. Towarzyszy nam w zejściu w tym upale ciągle ziajając. Trochę plątał mi się pod nogami gdyż jakby co chwilę sprawdzał czy idziemy. Postanowiliśmy zrobić przerwę na przekąszenie i napojenie, zjadam ostatnie pieczywo chrupkie – końcówkę niesłodkich zapasów. Z butelki półlitrowej napoiłem tez naszego górskiego przyjaciela, podając mu nalana wodę w garści, których wypił z 4 lub 5. 🙂  Nie minęła minuta, dwie i kogoś słyszymy – jest wyskakuje zza świerka – Ania! 🙂 Widzimy się po całej dobie przerwy 🙂 Po pewnym czasie dołącza też Grzesiek. Po chwili ruszamy, czworo pancernych wyrypowiczów i pies 🙂 Ania opowiada o tym, ile musiała czekać wczoraj na przejście burzy, że też spała i też miała wiele godzin przerw, oraz jak poślizgnęła się i zjechała  ze Świtkowej. Docierając do Ujsołów myślimy, czy będzie otwarty sklep. Postanowiliśmy sprawdzić idąc w tym upale, co nad betonem i asfaltem liczył chyba ze 40 stopni w cieniu. Sklepy były otwarte nawet dwa, obraliśmy większy. Zakupione owoce, pomidor, izotonik i co najważniejsze piwo 🙂 Chciało by się wypić piwo ale rozsądek podpowiada, że najpierw izotonik i jabłko, jony i witaminy a piwo niech dotrwa do mety. Zbieramy się do ostatniego odcinka, który jest już wyrypową formalnością. Mamy godzinę 14.00. Ruszyłem przodem nie planując zatrzymania, by w tym upale ogromnym przejść sprawnie łąkowy odcinek. Tak się udało zrobić. Reszta dogoniła mnie pod lasem, gdzie pękł mi jeden z dużych bąbli i musiałem iść jeszcze wolniej zaciskając zęby. Tak jakoś przeczuwałem wtedy że tak się stanie. Tworzyła się też niedaleko nas komórka burzowa z chmur, z czego Ania nie była zadowolona i jako że zostało nam 800 może 600 m tak naprawdę to poleciała szybciej już na metę. Został podwójny lekki zakręt wprawo trochę przez łąkę niedaleko zabudowań z Zagronia i Kręcichłostów, no i jest! 🙂 łącznik szlaków – meta wg mapy i strzałkowskaz do chatki tuż za rogiem! Robimy zdjęcie i analizujemy czas, gdyż przed nami całkowita formalność zejść 150 m i w prawo łąką do chatki na Zagroniu. Schodzimy liczymy czas – mamy 14:43, czyli 42 godziny 25 minut od naszego startu od 20:18 w piątek. Udało się, udało się ukończyć wyrypę letnią! Dla mnie po raz trzeci 🙂 Już nieważne w jakim czasie, bo było to wiadome od dawna Nie czas w tej chwili na zamartwianie się tym. Ważne, że jak byłem pewien tak się stało. Nie było innego rozwiązania, zwłaszcza przy tak dużym limicie czasu. O całej sportowej złości nie ma co w tym momencie wspominać bo była, jest ciągle i będzie, ale na razie gdzieś schowana, więc o niej może później. Byliśmy w grupie i była fajna atmosfera. Pod chatką na łące właściciel terenu robi sianokosy. W chatce może dwóch-trzech wyrypowiczów się krząta lub odpoczywa. Z jednym z nich obgadujemy, rozkładając rzeczy co na tej naszej wyrypie w tym roku się działo. 🙂 Ania doleciała chwilę temu, jest i Grzesiek już posilony i trochę wypoczęty, wymieniamy spostrzeżenia i podsumowanie wyczynów. Drugi Grzesiek, nasz towarzysz w drugiej połowie trasy, dochodzi za nami. Brakuje jednak Andrzeja – Andrzej poszedł spać. 🙂 Taaak, można było korzystać do woli z poddasza i materacy. Andrzej i Grzesiek ukończyli przed dwoma i pół godziny w 39 godzin i 15 minut – gratulacje wielkie! bo to dobry czas. 🙂 W środku gospodynie Gosia i Agnieszka z SKPB częstują już nas arbuzami na początek, a lada chwila dostaniemy też wyrypowe danie, czyli żurek na bogato 🙂 Żurek naprawdę wyborny i sycący, niemal w formie dania, nie zupy. 15, 20 minut i posileni. Wcześniej jeszcze otwarłem piwo i ku naszemu zdziwieniu żywiec okazał się żywcem 😀 ale bezalkoholowym. 😛 My w śmiech po czym mówię cholera… na wyrypie po takim zmęczeniu to nawet musimy się sprawdzać z zakupami nawzajem albo samych do kasy nie puszczać bo głupot się narobi. 🙂 Na szczęście drugie piwo było już normalnym żywcem. Stały obok siebie zgarnąłem i nie zauważyłem – zmęczenie, śnięcie, wyrypa w końcu. Ale bezalkoholowy tez smakował. 🙂 Wspominamy omawiamy zdarzenia, kto gdzie był, o której godzinie, co w jakim czasie, w jakich miejscach, i jak to bardzo wszystkim nam się chciało spać i wlekliśmy się w tym upale walcząc o każdy krok. Szczerze mówiąc to w niedziele drugiego dnia (oprócz bólu bąbli i uważania na każdy krok) i szło się lepiej, czy to podejście czy zejście, i upał choć był chyba ciut większy, to mniej człowiekowi dowalał. Może kwestia jednak odpoczynków nocno porannych? Mniej kilometrów w czasie pokonanych, mniejsza wilgotność? a może biometr się polepszył? Nie wiadomo. W międzyczasie postanowiłem też skorzystać z drewnianego prysznica na podwórku przed chatką- z kabiną z desek i z solarnym podgrzewaniem wody. Działa i ma zagrzaną wodę. 🙂 Jednak, co nie dziwiło mnie w ogóle, to to że na bosaka poruszałem się z prędkością 1 km na godzinę lub wolniej, idąc jak po igłach z tymi bąblami. Odpoczywamy dalej, obgadujemy, szacujemy kto, którym pociągiem wraca, gdyż jeśli jesteśmy nad Rajczą to “wartało by” zrobić tradycyjne już wspólne wyrypowe wyjście na piwo bądź też pizze w Rajczy przed pójściem na pociąg. Niestety, Dominik i drugi Grzesiek muszą wracać wcześniej i nie przedłużać tego wyrypowego popołudnia i wieczoru. My – reszta zgodnie popieramy tradycje i zbieramy się, obliczając, że spokojnie tam posiedzimy i wrócimy pociągiem o 20. Zbieramy się więc z chatki dziękując dziewczynom z SKPB za wspaniałe ugoszczenie. 🙂 Pozbierać się, ok dało radę ale teraz założyć z powrotem buty i iść… to jest problem. Jakoś jednak się udało założyć, gorzej z pierwszymi krokami bo wszystko rwie i parzy na początku. Gdy ruszyliśmy z każdą minutą jakby lepiej. Spotykamy przed zakrętem jeszcze właśnie przybyłych setkowiczów i zamieniamy parę słów i gratulacje. Jednak zejście ścieżką w dół jest nie łatwe, choć każdy z nas jak zauważyłem waży kroki wymęczonymi nogami na zejściu, nie szarżuje. Droga szybko mija nam na pogawędce i idziemy już przez Rajczę docierając za sklepem i rondem do pizzerii. Jeszcze wszyscy w komplecie siadamy zamawiamy, co trzeba i prosimy jednego z klientów o zrobienie nam zdjęcia całej grupy. Zdjęcia wychodzą dwoma aparatami. Dominik i Grzesiek drugi muszą zaraz uciekać, zdążając zamówić coś na wynos. Dziękujemy sobie nawzajem za wspólne trudy z walką, i żegnamy się. Zostajemy w czwórkę z Anią, Andrzejem i Grześkiem zaczynając obradę powyrypową przy pizzach i piwach. Wspominamy również poprzednie lata, trudne chwile a zwłaszcza pokonywanie ich. Nie mogło zabraknąć też wspomnień z “deszczowej wyrypy wyryp” sprzed dwóch lat. Gdzie w tychże wspomnianych już wcześniej fatalnych deszczowych i paskudnie chłodnych jak na lato warunkach, jako czwórka tak jak tu siedzimy z 10 śmiałków ukończyliśmy setkę w 40 godzin oraz 40 godzin 50 min ja z Anią. Także wtedy udało się nieobecnej teraz Klaudii a w zasadzie “ultra Klaudii” jako jedynej osobie ukończyć pierwszą ultra wyrypę z dystansem 130 km. Nie wiemy sami, a szczególnie ja za pewne do tej pory co gorsze, czy upały z duchotą, bąblami na stopach potwornym wycieńczeniem i odwodnieniem? Czy takie coś jak w 2016, gdzie zwijaliśmy się z zimna, od wilgoci, wiatru, wszechobecnej wody i chłodu traciliśmy energię na ogrzanie się nawet podczas marszu, czy tak jak ja dodatkowo wlekliśmy kontuzję przez te kilkadziesiąt kilometrów. Odpowiedź jest w zasadzie jedna – żadna ze skrajnych aur nie jest sprzyjająca Mało powiedziane sprzyjająca… Co jednak ważne po czasie pamięta się pokonany trud, zwycięska walkę nad słabościami, ale jest tak że człowiek częściowo albo całkowicie zapomina o bólu jaki towarzyszył. Inaczej mówiąc, złe momenty nie są tak mocno zapamiętywane, jak zwycięstwa nad nimi, nie materializują się w odróżnieniu do przyjemnych wspomnień.

Wspominamy mile jednak każdą z przygód wyrypowych, nieco tracąc ze zmęczenia uwagę co parę minut, jednak warto wspólnie siąść i w ten sposób zwieńczyć dzieło wyrypowe.

Jest jeszcze jedna ciekawa kwestia odnośnie moich ukończonych wyryp. Wszystkie trzy ukończone wyrypy w 2014, 2016 i 2018 roku miały metę w Chacie na Zagroniu 🙂 Wspaniała Chatka SKPB Katowice jest dla mnie najwyraźniej szczęśliwa.

Czas jednak dobiega nam końca i trzeba ruszyć na pociąg .Opuszczamy pizzerię w centrum Rajczy i kierujemy się na stacje PKP przez park i mostek nad Sołą, gdzie robimy ostatnie wspólne zdjęcia zwycięzców tegorocznej jakże a i również ciężkiej, jak dwie poprzednie wyrypy. Zwycięzcą jest każdy, ten kto walczy i się nie poddaje, oraz ten kto się nie poddał do końca i ukończył. Kwestia nazewnictwa jest już to, czy tego drugiego nazwiemy podwójnym zwycięzcą a w zawodach tego, kto wygrał nawet potrójnym.