Pokusy i zagrożenia, niweczące nasz trening

Kończy się luty, a zatem powoli mija okres noworoczny, w którym wielu z nas stawia sobie postanowienia, między innymi dotyczące zmiany stylu życia, rozpoczęcia treningu czy diety, albo po prostu zbudowania formy “na lato”. Jak to w życiu bywa, noworoczny entuzjazm szybko ustępuje przed szarą codziennością, a początkowy zapał potrafi zniknąć równie szybko, jak się pojawił. W to miejsce pojawiają się różne pokusy, zagrożenia i przeszkody, które potrafią powstrzymać co poniektórych ludzi, a przed którymi można się ustrzec, będąc ich świadomym od samego początku.

Niektóre z tych zagrożeń i pokus, to:

  • Złudne poczucie sukcesu

Bywa, że na fali entuzjazmu damy się ponieść zapałowi, i od samego początku intensywnie bierzemy się do rzeczy. Wszystko planujemy i konsekwentnie realizujemy, dzięki czemu błyskawicznie widzimy efekty w postaci np. przyrostu wydolności, rozbudowy mięśni czy spadku wagi. Niestety, w takich momentach łatwo popaść w pokusę spoczęcia na laurach – szybko osiągamy zamierzony efekt, po czym przechodzimy do porządku dziennego i wracamy do starych nawyków, w myśl zasady “łatwo przyszło, łatwo poszło”. Wielu ludzi już się na tym “przejechało” – warto więc zdać sobie zawczasu sprawę, że zmiany w trybie życia należy wprowadzać nie na chwilę, ale “na zawsze”, i być tego świadomym od samego początku, bez nadmiernego skupiania się jedynie na jednorazowym celu.

  • Chwilowe zachcianki

Z pierwszym punktem, wiąże się nierozłącznie kolejna kwestia: gdy wydaje się nam, że szybko osiągamy sukces, w głowie może pojawić się skłonność do ulegania (niejako “w nagrodę za poniesiony trud”) zachciankom i spontanicznym przyjemnościom, a także skłonność do “chwilowego” powrotu do starych nawyków żywieniowych. Często jednak “chwilowe” i “jednorazowe” pokusy zaczynają powoli znów stawać się normą i regularną praktyką, mimo, iż sami siebie oszukujemy, że trzymamy dietę i że budujemy formę – zło zawsze jest bardziej kuszące i pociągające niż dobro. W końcu dochodzi do tego, że niemal codziennie ulegamy jakiejś słabości żywieniowej, odpychając i wypierając wiedzę na ten temat. Tymczasem waga stoi w miejscu albo pokazuje coraz więcej…. Wtedy możemy dojść do fałszywego wniosku, że to nasza dieta nie działa, albo że nasz trener to partacz.

Jak się przed tym zabezpieczyć? Wbić sobie do głowy, że nie ma żadnych odstępstw od diety i od treningu, w żadnych okolicznościach i w żadnej sytuacji, a każde najmniejsze nawet ustępstwo, może całkowicie zniweczyć poniesiony trud. Tylko wtedy mamy szansę na samokontrolę i na długofalowy sukces.

  • Oczekiwania natychmiastowego cudu

Kolejną kwestią mogącą nas zniechęcić, są nierealistyczne oczekiwania i nadzieje, jakie wiążemy z naszymi staraniami i wysiłkami. Wydaje nam się czasem, że gdy pozmieniamy w swoim życiu kilka elementów, i wprowadzimy jakąś dodatkową aktywność fizyczną, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko powinno się zmienić na lepsze, i odtąd nasze życie będzie jednym pasmem sukcesów. Fakt, czasami tak bywa, ale na ogół – nie. Zazwyczaj zmiany w organizmie następują powoli, budowanie formy trwa długo, a waga spada opornie (o ile w ogóle). Mało wytrwałe osoby mogą się tym zniechęcić, i doznać pokusy zaniechania wysiłków – bo “nie ma żadnych efektów mojej ciężkiej pracy”. Tymczasem, trzeba sobie na samym początku zdać sprawę, że czeka nas żmudna praca, nie zawsze przyjemna, i nie zawsze bezbolesna, która dopiero w długim terminie może doprowadzić nas do celu. Nie można oczekiwać, że dwie czy trzy godziny treningu tygodniowo dokonają natychmiastowego cudu, jeśli statystycznie 22-23h na dobę spędzamy w bezruchu (w tym np. przez 10 godzin siedząc), plus do tego ulegamy zachciankom z punktu 2. Aby osiągnąć pełen sukces, trzeba “pomóc” cudowi – poza przeprowadzaniem samych treningów, należy zwiększyć też aktywność fizyczną na co dzień, zrezygnować z samochodu na rzecz roweru, ograniczyć spędzanie czasu przed komputerem, jak najmniej siedzieć w domu, często wyjeżdżać np. w góry, oraz bez wyjątków trzymać ścisłą dyscyplinę żywieniową. I uzbroić się w dużą dawkę cierpliwości.

  • Zbyt intensywny trening

Gdy oczekiwany cud nie nadchodzi, lub gdy efekty treningów przychodzą zbyt wolno w stosunku do naszych oczekiwań, może pojawić się pokusa, aby zintensyfikować trening, w nadziei na przyśpieszenie jego efektów. Czasem może to przynieść pożądany skutek, o ile tylko nie przekroczymy naszej granicy wytrzymałości. Bywa jednak, że w pogoni za jak najszybszym sukcesem, zaczynamy ignorować sygnały płynące z naszego ciała. Prowadzić to może do ostrych lub przewlekłych kontuzji, które z czasem się kumulują, oddalając nas od wymarzonego celu, a w dłuższej perspektywie mogąc go całkowicie przekreślić, o ile w porę się nie opamiętamy. Poza kontuzjami, może dojść do przetrenowania albo do wypalenia psychicznego, które to również mogą nas skłonić do rezygnacji z wstępnie obranych celów – jest to temat rzeka, o którym nie będę się tu rozpisywał. Jak sobie z tym radzić? Nauczyć się słuchać własnego organizmu, uświadomić sobie ograniczenia wynikające np. z wieku, oraz myśleć realistycznie, bazując na tym co się ma i z jakiego punktu się startuje.

  • Kontuzje, urazy, problemy zdrowotne

Kontynuując poprzedni wątek, trzeba zauważyć obiektywny fakt, że w pewnym zakresie kontuzje czy inne problemy zdrowotne są nieuniknione – czy to w treningu, czy też bez niego. Gdy już taki problem nastąpi, może się pojawić pokusa, aby odpuścić sobie jakikolwiek sport i aby porzucić swoje cele. Czasami faktycznie, nie ma innej możliwości (np w przypadku ciężkiego urazu czy choroby wymagającej pobytu w szpitalu). W innych przypadkach, warto jednak zawsze spróbować pozostać aktywnym na tyle, na ile pozwala stan naszego zdrowia – wskazane jest skorzystanie z porady lekarza, dobrego trenera czy fizjoterapeuty, tak, aby dobrano nam w każdej sytuacji zestaw ćwiczeń możliwych do wykonywania, uwzględniając stan naszego zdrowia. Nie ma nic gorszego, niż porzucenie aktywności fizycznej w obliczu choroby. Zawsze warto przynajmniej spróbować zawalczyć o siebie w tej kwestii, na tyle, na ile to obiektywnie możliwe.

  • Presja otoczenia

Nieco innym problemem jest zły wpływ otoczenia i ludzi będących wokół nas. Bywa, że otoczenie nie rozumie naszych wysiłków zmierzających do samorozwoju w dziedzinie dietetyczno – treningowej. Niektórzy starają się nas do tego zniechęcić, obśmiać i zanegować. Pojawiają się docinki, żarty i demotywujące teksty. Może też być namawianie do jedzenia niezdrowych rzeczy, przekonywanie, że dieta to dziwactwo, czy też nawet częstowanie śmieciowym żarciem. Przy braku asertywności z naszej strony, nic dobrego z tego wyniknąć nie może, jeśli sami nie czujemy się silni i w pełni zmotywowani do naszego postępowania. Jak wyjść z tej sytuacji? W zasadzie należałoby dążyć do otaczania się ludźmi, którzy nas rozumieją i którzy mają podobne priorytety co my, a jednocześnie unikać lub ograniczać do minimum kontakt z tymi, którzy nas odciągają od celu lub go negują. To najprostsze z rozwiązań. Inna metoda to nauczyć się dystansowania od cudzych opinii, stać się bardziej asertywnym i nabrać większej pewności siebie. Trzeba też być świadomym swojego celu i być dobrze zmotywowanym wewnętrznie (wiedzieć, czego się naprawdę chce, a także umieć powiedzieć „nie”, nawet gdy sto osób obok nas mówi „tak”) – jeśli w tych kwestiach mamy jakieś problemy, prawdopodobnie dobrym wyjściem byłaby tu praca z psychologiem.

  • Źle dobrane priorytety

Ostatnia kwestia, którą chciałbym poruszyć, to kwestia priorytetów. Warto sobie poukładać w głowie, co jest dla nas najważniejsze, co mniej ważne, a co zupełnie nieistotne. Z pewnością trudno nam będzie osiągnąć sukces (czy to w sporcie, czy w innej dziedzinie) jeśli na pierwszym miejscu będzie dążenie do chwilowego poczucia komfortu, bez względu na cenę i na konsekwencje. Aby trening czy dieta miały jakikolwiek sens, priorytetem powinien być rozwój, nawet za cenę bólu – wiążą się z tym wszystkie wcześniej wspomniane punkty.

( Zdjęcie ilustrujące artykuł pochodzi z: http://www.aconfrariadasdivas.com.br/wp-content/uploads/2017/03/sleep__square170315_145948.jpg )

About Lukasz A

Łukasz A – karierę biegacza amatora zaczął już kilkanaście lat temu, kiedy to większość ludzi nie wiedziała, że taki sport istnieje. W ciągu kariery nastukał sporo ładnych startów w asfaltowych ultramaratonach. Biegał więcej godzin z rzędu, niż niektórzy potrafią przepracować w ciągu tygodnia – czyli biegi 12-, 24- i 48-godzinne. Obecnie preferuje raczej krótkie biegi górskie oraz kameralne imprezy na trasach leśnych w okolicach Katowic. Trzyma się z dala od komercyjnych imprez promowanych jak kandydaci do sejmu przed wyborami. Oprócz tego koleguje się z rowerem, bo ten mu pozwala zarabiać i utrzymać dobrą kondycję. W wolnych chwilach ciśnie zwiedzać góry.

Please Login to comment
avatar
  Subscribe  
Powiadom o